*Ciasto pojednania*
Zosia, przysięgam, jeśli ten pan Jan jeszcze raz zatupie w sufit, pozwę go za nękanie! Stanisław, stojąc w przedpokoju, wściekle ścierał ślady psich łap z linoleum. Jego głos drżał ze złości, a koszulka była mokra od potu, mimo że wieczór był chłodny. Burek, winowajczo merdając ogonem, gryzł gumową kaczuszkę przy drzwiach.
Staszek, cicho, dzieci śpią Zosia, siedząc na kanapie z drutami do robótek, zmęczonym gestem potarła skronie. Druty zastygły w miejscu, a na kolanach leżała niedokończona dziecięca czapka. I nie od razu do sądu. On po prostu… czepia się. Pogadam z nim, spróbuję wyjaśnić.
Wyjaśnić? Stanisław cisnął szmatę do wiadra, a w jego oczach błysnęło. Wczoraj w klatce schodowej wrzeszczał, że Burek śmierdzi i niszczy mu kwiaty! Zosia, nasz pies nawet nie podchodzi do klombów!
Wiem, wiem Zosia odłożyła robótkę, jej głos był łagodny, ale spięty. Ale to sąsiad, Staszek. Jeśli zaczniemy wojnę, życia nie będzie. Upiekę ciasto, spróbuję go udobruchać.
Stanisław prychnął, patrząc na Burka, który upuścił kaczuszkę i teraz lizał podłogę.
Ciasto? Pokręcił głową. Dobrze, próbuj. Ale jeśli jeszcze raz złoży skargę do administracji, nie ręczę za siebie.
Zosia i Stanisław, młodzi małżonkowie z dwójką dzieci ośmioletnim Wojtkiem i sześcioletnią Hanią mieszkali w tej pięciopiętrowej kamienicy już pięć lat. Gdy wzięli Burka, marzyli o radosnych spacerach i dziecięcym śmiechu, ale pedantyczny sąsiad z góry, pan Jan, wypowiedział szczeniakowi wojnę. Teraz ich klatka schodziwa stała się areną sąsiedzkich sporów, a w domu unosił się nie tylko zapach psiej sierści, ale i pretensji.
—
Wszystko zaczęło się tydzień po pojawieniu się Burka. Zosia, wracając z porannego spaceru, zauważyła, że pelargonie w donicach przy wejściu, które pan Jan podlewał z maniakalną dokładnością, były podeptane. Pomyślała, że to dzieci z podwórka, ale wieczorem zapukano do drzwi. Na progu stał pan Jan szczupły, w wyprasowanej koszuli, z notesem i długopisem, jak detektyw na służbie.
Zofio Stefanowo, to wasz pies stratował moje pelargonie? Jego głos był suchy, a okulary połyskiwały w przygaszonym świetle żarówki. Trzy lata je pielęgnowałem, a teraz klomb w błocie!
Panie Janie, przepraszam Zosia zmieszała się, przytrzymując Burka za obrożę. Ale on zawsze jest na smyczy, pilnujemy go. Może to ktoś inny?
Inny? Pan Jan zmrużył oczy, coś notując. W klatce śmierdzi psem, ślady łap na każdym piętrze, a pani mówi inny! Zabierzcie tego psa, bo napiszę skargę!
Zosia wymusiła uśmiech, zamykając drzwi. Burek, nie rozumiejąc, wtulił pysk w jej kolana. Wieczorem opowiedziała o tym Stanisławowi, który obierał ziemniaki w kuchni.
Czy on oszalał? Stanisław rzucił nóż, jego twarz poczerwieniała. Burek nawet nie szczeka w klatce! Trzeba z nim porozmawiać, Zosia, bez ceregieli.
Nie trzeba Zosia pokręciła głową, mieszając zupę. To samotny człowiek, czepia się z nudów. Spróbuję go udobruchać, upiekę ciasto.
—
Następnego dnia Zosia upiekła szarlotkę z cynamonem i zapukała do pana Jana. Drzwi się otworzyły, a jej powitał zapach meblowego polituru i sterylny porządek: ani pyłku, ani zbędnego przedmiotu, tylko doniczki z fiołkami na parapecie, stary odbiornik radiowy i idealnie zasłane łóżko.
Panie Janie, przyniosłam ciasto Zosia uśmiechnęła się, podając zawiniątko w folii. Możemy porozmawiać o Burku? On nie winien zniszczeń, pilnujemy go.
Ciasto? Pan Jan zmrużył oczy, ale wziął paczuszkę, wąchając ją jak śledczy. Sprytne, Zofio Stefanowo. No dobrze, wchodź, ale krótko. Wasz pies szczeka rano, brudzi klatkę, śmierdzi. To niedopuszczalne!
On prawie nie szczeka Zosia starała się mówić łagodnie, siadając na skraju krzesła. I ślady sprzątamy. Może to dzieci nabrudziły? Albo ktoś inny uszkodził kwiaty?
Dzieci? Pan Jan prychnął, robiąc notatkę. Dzieci nie mają łap. Zabierzcie psa, bo podejmę kroki.
Zosia wyszła, czując, że ciasto nie pomogło. A wieczorem w klatce pojawiła się kartka, napisana starannym pismem: Proszę usunąć psa z klatki schodowej! Niszczy kwiaty i zakłóca porządek! J.K.. Stanisław, zobaczywszy to, poczerwieniał, zdzierając kartkę.
To wojna, Zosia! Wskazał palcem na papier, stojąc w przedpokoju. Idę mu powiedzieć, co myślę!
Staszek, nie Zosia złapała go za rękę, gdy sięgał po buty. Spróbujmy jeszcze raz. Jeśli nie wyjdzie, pomyślimy.
—
Pod koniec tygodnia sytuacja stała się nie do zniesienia. Pan Jan tupał w sufit za każdym razem, gdy Burek zaszczekał, nawet jeśli tylko na dzwonek do drzwi. Wieszał nowe kartki: Pies śmierdzi!, Ślady łap niedozwolone!, a raz zadzwonił do administracji, skarżąc się na antysanitarność i zagrożenie zdrowia. Zosia, wracając ze spaceru, zastała go, jak mierzył linijką ślady łap w klatce, jakby zbierał dowody dla sądu.
Panie Janie, co pan robi? Zastygła, trzymając Burka na smyczy, który radośnie ciągnął się do sąsiada.
Zbieram dowody wyprostował się, poprawiając okulary. Te ślady są od waszego psa, pięć centymetrów średnicy! Sfotografowałem je, poślę do administracji!
To nie Burek Zosia podniosła głos, jej cierpliwość pękała. On ma mniejsze łapy, to szczeniak! I kwiatów nie niszczy, chodzimy na podwórko!
Nie on? Pan Jan prychnął, notując coś. Po tygodniu, gdy pan Jan znalazł w doniczkach porwane przez swojego kota kocie włosy i odciski łap, przeprosił cichutko Burka i przyniósł Zosi słoik konfitur, a pod blokiem znów było słychać śmiech dzieci i radosne szczekanie.



