Krystyna zaostatnie przejrzeć dom. Wszystko wydawało się na swoim miejscu. Banie u dzieci były starannie zawiązane, a Fiołkom pyszeki zostały zabrane. Halina znowakowska siedziała na kanapie, też elegancko ubrana. Wczoraj Hubert zadzwonił, mówiąc, że przyjedzie dziś, i jeszcze z niespodzianką.
Och, jak uciekła z gminy, gdzie telefon działał. Domowy? Szczędzić? Hubert był prawie dwa miesiące w stolicy, by zarabiać w garazu malowniczym. Wtedy Marzena westchnęła:
– Co to za rodzina, jeśli on w stolicy, a my samotnie tutaj?
– O czym ty, skarbie, jakbym odjechał na zawsze? Wiesz, dach z wadą, dzieci do szkoły, a tutaj nie ma co szukać.
– Wiesz, że rozumie, ale coś tyle, że… może i my tam?
Odepchnął żonę:
– Marzycz, jak w Ferie na Włoszczyźnie! Ja tam mogę się dogrzać, a gdyby was wszystkich… to nawet zarobione na windę nie starczyłoby!
I miała rację. Trzeba było pieniędzy, nie było sensu. Tutaj co najmniej kartoniki do ekierki, a ona nawet coś jakoś robi. Co więcej, dom wciąż stał. Jakże nie chciała, jak serce minusowało, ale puścić mąża musiała.
Po pierwszych przelewach Huberta, krzyżowała się jak pomيد. Żeby do poczty nie zaspiać. Wie, że siostry chodzą drapli, że go zbił, żebym nie spodziewał ich większego. Szła tam, gdy połowa wojażera wycofywała honor z wypasów, żeby wszystko widziała.
I widziała. Słyszycie? Jeśli tylko język wypie, to 하는. A ten tydzień Hubert wzywał, że z niespodzianką. Ciekawość? Cóż, chyba w końcu wracał! Jak tęskniła za mężem. Zboczyła nawet piekę, by go zmyć, ogrycteć, pozbierać. Co dzieci w domu?
Halina zażartem roześmiała się:
– Zrób, jak osiołka? Lepiej nie śpij, bo zwariuję. Włodzio wraca!
– Halinko, nie mów tak! Hubert to twoja siostra. I stara się, zarabia…
– Znacie go dobrze, że z tym grymalem niczego nie zarobi.
Westchnęła. Mimo wszystko, Hubert był czymś innym. Nie przejmowała się teraz, że dzieci mają mniejszej, jeśli nie wcale żadnej, ale wydawała walki.
– Mamo! Oto!
Znów w lustro. Wszystko porządkowe. Nie szanować się przed mężem. A sąsiedzi musieli zdrzemnąć.
Wyszla na ulicę, ale już看到了 Huberta i jego niespodziankę. Niespodzianka złapała go za ramię. Tak kosztownie ubrana, włosy jak rakię, oczy…
Krystyna zmroziła. Czuła na sobie spojrzenia sąsiadów. Hubert otworzył bramę, wpuszczył tę kobietę i wszedł.
– Dzień dobry, Krystynka.
– Dzień dobry, Hubert – Kobieta przyjrzała się jej, jakby mocno.
– A czytam, że…?
– To Alicja… Cóż, zamierzam się z nią ożenić.
Serce przeszło w narty.
– A co mnie? Co dzieci?
Przygryz.
– Marzycz takich sztuk na ulicy, idźmy, porozmawiajmy.
Ale tu w drzwiach, matka Huberta:
– O, sam nie masz już, mój syn!
– Mamo, co ty?
– Nie mój już syn, jeśli tak się całym gałgany sprzedałeś!
Zgryzła się i zniknęła. Sąsiedzi zaczęli krzyczeć, że to słuszne. Hubert nie wiedział, co robić, a Alicja próbowała go ciągnąć:
– Hubreczku, dom sprzedajemy? Mówiłeś, że to twój!
Krystyna miała chęć rzucić się w grudzie. Dom był jego. Dla ślubu, jak Halina powiedziała, Hubert miał klucz. Był solidny, bo jego ojciec go odmalował przed śmiercią.
Odwrócił się, chwycił Alicję i poszedł. Krzywa, co się stala?
Wróciła do domu, leżąc z głową na łóżku, płakała. Dzieci biegły do niej:
– Mama, nie płacz!
Myślała, że świat się zakończył. Że jest do tegoأخر.
Tydzień później pojawili się dwaj ludzie. Samochód, który w tej części wsi jeszcze nie był widziany, wysiadali. Jeden starszy, drugi młody. Młody ruszył prosto do Krystyny:
– Krystyna Nowak?
– Tak.
– Musisz natychmiast wyjechać z domu.
Spoglądała z otwartym uchem:
– Jak to? To moje miejsce!
– Był two już Huberta. Teraz pasuje do kogoś innego… Oto dokumenty.
Cała wsi była tuż za nimi, zachwyciła się:
– Co wy, z gangsterami?
– Cicho! To wszystko legalne!
Ale ludzie zaczęli zeszłym. Jeden w biżuterii wzmocnił się, żeby ich zabrać, co by nie było. Wtedy zauważył policjant:
– Spokój!
Wyjaśniali. Halina, Krystyna, dzieci… wszystko. Ale strażak i policyjka powiedziały:
– To legalne, ale można do sądu…
Zakładali, że muszą się wyrzucić. Lista mebli do zostlwia. Sąsiadka, Floria, zaproponowała swoją dom, choć była tam tylko jeden pokój. I tak się rozłączyli.
Teraz:
– Krystyneczko, patrz, jakie dziewczynki szarlatki!
Złociła się. Dopiero kończyły pierwszy rok szkolny. Sumy dyplomy, Halina i Floria przeglądały je razem. Jak one się przyjaźniły! Gdyby nie ten kosmiczny Hubert…
Ale Halina przepadła:
– Przepraszam, że to gnojek chłopców. Nie chcę już tego mieć.
– Halinko, sama się za niego poszła, nie bierz tego zbyt na siebie, tylko tu być! Czy to nie rodzina?
Płakały, obejmowały się, dzieci też.
Później szedł Fiołek:
– Mama, on wrócił!
– Kto?
– Tato, stoi przy bramie, z walizką!
Czuła, jak serce chrzęści.
– Przytul się, buziaki, ale czego?
Hubert wyglądał jak pijak. Zawsze był łagodny, ale teraz:
– Skarbie, jak nie wiesz, że to tata dzieci?
– A masz rację. Ale czy nie powinnaś mieć stół, piekło?
– Jakiże! Gdzież ta jesci?
– Tylko głodzę się, słysząc o was…
– A może coś dla dzieci przyniosłeś? Och, a może…?
I zastrzygła go lopatą.
– Bodajże?
Sąsiedzi śmiały się, jak mu klasnęli. Biegł!
Koniec. Wrócili do domu, tak samo jak rodzina, i zasłoniły się przed obcymi, choć nawet z Hubertem. I cóż, jeśli wszystko było źle, to teraz trzeba było się pogodzić.



