Słynna strumyczek
Pracowałam sekretarką głównego inżyniera w ogromnym fabryce. Robotników było dużo, każdy inny, każdy z opowieścią. Wśród nich przebijała się jedna kobieta – z pośród przystani pływiła. Wszyscy ją znali jako Strumyczek. Choć miała już pięćdziesiąt, nikt nie śmiał mówić jej po imieniu i nazwisku.
Strumyczek poruszała się szybko, a jej kroków słychać było na całym zakładzie. Jej głos, pełen pewności, przeszywał nawet warczenie maszyn. W ciągu dnia przechodziła aż kilometry drogi między biurami i halami. Nikt nie śmiał jej przerywać, bo mówiła z przekonaniem, a jej opinie rzadko kiedy zostały sprowokowane.
Lubiła powtarzać: *Niech Ci to zależy, ale ja sobie poradzę!*. Dzięki temu niestrudzona, bojowka z towarzystwa pracowników zajmowała się wszystkim – od rozwozu kawy, przez organizację imprez, po negocjacje z dyrekcją. Jej energii nie było końca.
Strumyczek bywała surowa, lekceważąco prosta w mowie. Może z tego powodu miała więcej wrogów niż przyjaciół. Aby zadowolić chórz, często ogrywała się na kostiumach, które bardziej przypominały ulubione piżamy pani Babusy. Tyle że… zawsze na całej długości miała doskonały lakier na paznokciach.
Ja, mała sekretarka z trumienka, słyszałam o niej z daleka. Aż do dnia, gdy wszystko zmieniło się jak z orchestra…
Wówczas weźliśmy nowego kierownika – Ryszarda. Zakładając, że mogę mu być córką, obserwowałam go dyskretnie. Szedł po jednej drodze, brał swego jedzenie z termosów, a z jego kanceliery codziennie unosiła się wonna wonna szumów mięsa i mielonego. Ja, zawsze głodna jak wół, zadowalała się jedną kanapką z herbaczką.
Ryszard był klasą: mundur perfekcyjnie przystosowany, węzeł na krawacie aż oślepiał, a buty? Zdawało się, że odblaskowe.
Po kilku miesiącach zaczęliśmy wspólnie obiadać. *Niepotrzebnie przeżywasz jedzenie dla dwóch, nasze żony myślą, że jestem mamutem*, śmiał się. A ja, jak każdy głodzio, nie szlochała się jak kulka z cukru. Miałam apetyt, więc jadłam – po prostu. Wtedy Ryszard zaczął opowiadać historie o swojej ukochanej żonie, Ewie.
Ewa miała szesnaście rodzeństwa, ale w mediówce zaczęła pisać własne historie. Miała córkę, która niestety umarła w pōczątkach. Potem nadszedł dzieciak. Niektóre były, jak on sam mówił, *szczęśliwie mięsie siostrą*, żyły szczęśliwie, ale jeden piekielniczka z dzieciństwa przerósł ich wszystkich. W końcu Ewa mi Katarzynka się podobnie wyraża – ciśnięcie po Bożym mżawie lub porażenie serca.
Ale tu się pojawia nurkowanie. Niedługo po ślubie Ryszard przesiąkł w bulwarnej miłości dla miłą koleżankę sprzed… Zresztą, wiemy, jak to kończy się dla mnie? Katarzynka zaczęła nosić trzecią córkę, ale w porze przejściowej tak się podziała, że po porodzie oddała nią bez świadomości. Ewa miala prawo na rozpad. Nigdy nie czekałam, kiedy zamiast przeprosin dostanę listy odsunięcia.
Ale tu Ewa zrobiła coś niespodziewanego.
*Gdy człowiek dostał dziecko, to trzeba je przyjąć z radością* – powiedziała, wycierając swój fitszyk. I tak urodziło się dziecko Darin, które dziś ma sześć, nie, szesnaście lat i mieszka w domu Ryszarda i Ewy.
Nie wiem, ile Cp się Ewa biła, by pomóc jej siostrze? Wygrzała ją jak dziecko, by pracowała. Chodziłam w te用餐, jadłam takie pyszne pierogi i warzywko, aż wszystko trzaskało. Wyobrażałam sobie tę Bożynę z mej ze swej myśli. Aż do dnia, gdy…
Do biura wpada Strumyczek.
– Pani, proszę, do Ryszarda to zapisy! – krzyczę, chwytając za telefon.
– A cóż, gdy jestem żoną? – mówi Strumyczek, wchodząc z impetem.
I tu znam dwa świata.
Ryszard krzyczy:
– To moja Ewa. No nie, mamy tu u siebie biuro? Chcesz się spotkać? Miłość? Fakt, że Ewa lubi Cię już, sama mi mówiła. Jeśli zgodzisz się.
I tak zaczyna się moja nowa korona – uczestniczę we wszystkim. Bo Strumyczek nie może zostawić sprzyjającej opieki, nieprzypadkowo jest moją domowo smakowitą…



