**Zbyt wiele troski**
Obudziłam się od zapachu smażonej cebuli i dziwnego dźwięku. W pokoju było ciemno, ale za ścianą brzęczały garnki i coś bulgotało.
— O szóstej rano, serio? — wyszeptałam, narzucając szlafrok.
W kuchni, w czerwonym fartuchu z napisem „Królowa kuchni”, stała teściowa – Teresa Pawłowska. Zręcznie przewracała kotlety na ogromnej patelni, przy tym głośno nuciła „Hej, sokoły”.
— Dzień dobry, Marto! — zawołała wesoło, nawet się nie odwracając. — Postanowiłam wszystkich uraczyć kotletami! Domowymi! Bez bułki tartej, tak jak Wojtek lubi!
— Wojtek śpi — próbowałam się uśmiechnąć. — I ja też spałam. Dzisiaj sobota.
— No co ty, kochanie! Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje! Ja już od piątej nie śpię, od razu wstałam, prysznic, przebiegłam się po podwórku – ruch to zdrowie. A potem pomyślałam – trzeba rodzinę nakarmić!
Powoli nalałam sobie kawy. Zanim zrobiłam pierwszy łyk, do kuchni wpadła moja mama – Kinga Nowak – w legginsach i z matą do jogi pod pachą.
— Marto, dzień dobry! Nie zapomniałaś? Dzisiaj idziemy na pilates!
— Kingo — uśmiechnęła się Teresa z nutką ironii — już wróciłaś?
— Tak! — odparła mama z werwą. — Obiegłam osiedle, sprawdziłam, gdzie można kupić świeże zioła, i znalazłam studio jogi! Swoją drogą, Tereso, kotlety o tej porze – to przesada. Wiesz, ile w nich tłuszczu?
— Najpierw spróbuj, potem krytykuj — teściowa zrobiła krok w jej stronę. — To pierś z kurczaka, zero tłuszczu. I Wojtek je uwielbia, zawsze mu takie smażyłam w sobotę.
— A Marta nie je smażonego! — odcięła się Kinga. — Ma wrażliwy żołądek, od dziecka gotowałam jej tylko na parze.
Oparłam głowę na dłoniach.
To piekło. Domowe piekło.
Wieczorem w łazience rozegrała się scena numer dwa.
— Dlaczego moja myjka leży na podłodze? — krzyknęła Teresa z łazienki.
— Może dlatego, że twoją myjką strąciłaś wszystkie inne? — nie pozostała dłużna Kinga.
— Ja? U mnie wszystko stoi idealnie! To twoje kremy zajmują pół łazienki! Nie mogę nawet otworzyć sedesu, bo są tam twoje słoiczki!
— To ziołowe preparaty na twarz!
— To śmieci, Kingo! Śmieci!
Zamknęłam laptop. Praca była niemożliwa.
— Wojtek — powiedziałam cicho. — Musimy porozmawiać.
— Nie teraz — machnął ręką. — Gram w finale.
— Wojtek — wstałam — albo rozmawiamy, albo się wyprowadzam do altanki.
Wstrzymał grę i westchnął:
— O co chodzi?
— O to, że w naszym domu mieszkają dwie kobiety, które uważają, że to ich kuchnia, ich łazienka i ich ty.
— No, to chwilowe…
— To trzeci tydzień — syknęłam. — Przestałam pić kawę rano, bo w kuchni jest wojna. Nie mogę skorzystać z łazienki, bo sedes jest zajęty kremami. Wczoraj twoja mama poukładała moje książki według wzrostu. Moja mama anulowała Netflixa, żeby oglądać „Taniec z gwiazdami”.
— Ale one chcą dobrze…
— Tak? — uniosłam się. — Jutro spalą się nawzajem na stosie z moich ulubionych powieści.
Następnego ranka rozpoczęła się wielka bitwa.
Teresa zaczęła gotować „tradycyjny żurek”. Kinga, dowiedziawszy się o tym, wyciągnęła swój as w rękawie – „zupę warzywną bez soli i tłuszczu”. Obie zaczęły równolegle szatkować kapustę.
— Mój żurek zawsze jada Wojtek. Z chlebem i śmietaną! — ogłosiła głośno Teresa.
— Bo go tak wychowałaś! — odparowała Kinga. — W jego wieku powinien jeść zdrowo! Zdrowie przede wszystkim.
— A miłość matki jest ważniejsza niż twoje fitnessy!
— Fitness to zdrowie! A twój żurek to zawał w misce!
Nie wytrzymałam:
— Dość! Ja też mam swoje preferencje i nie jem ani żurku, ani zupy bez smaku! Gdzie moje płatki?
— Wyrzuciłam, były tam tłuszcze trans — odpowiedziały chórem.
— Co…?
Wyszłam z kuchni. Na zewnątrz mżył deszcz. Narzuciłam kurtkę, wyminęłam psa i ruszyłam przed siebie.
Godzinę później dogonił mnie Wojtek. Jechał na rowerze, z parasolem i termosem kawy.
— Zrozumiałem — powiedział. — To przegięcie.
— Dopiero teraz? — nie patrzyłam na niego.
— Porozmawiam z nimi.
— Nie wystarczy rozmowa. Trzeba działać.
Tego wieczoru zwołałam „naradę rodzinną”. Przy stole zasiedliśmy we czwórkę.
— Drogie mamy — zaczęłam. — Bardzo was kochamy. Ale mieszkanie razem to jak wpuszczenie lwa i tygrysicy do jednej klatki.
— A kto tu jest tygrysicą? — oburzyła się Teresa.
— Ja oczywiście lwem — odcięła się Kinga.
— Stop! — Wojtek uniósł dłonie. — Mamy rozwiązanie. Mamy domek gościnny. Ale jest jeden. Więc proponujemy… rotację.
— Co? — obie zmrużyły oczy.
— Każda z was będzie mieszkać w domku na zmianę. Tydzień tu, tydzień tam.
— Ale ja nie mogę bez kuchni! — zaprotestowała Teresa.
— Tam jest kuchenka — powiedział Wojtek.
— A ja nie mogę bez kąpieli z solą — wtrąciła Kinga.
— Jest prysznic i dyfuzor — spokojnie dodałam.
— Nie zgadzam się! — prawie jednocześnie wykrzyknęły obie.
— W takim razie wyprowadzacie się. Obie. Na dobre.
— To szantaż! — rzekła Teresa.
— To wolność — odparłam.
Następnego ranka w domu pachniało kawą. Zwykłą. Bez kotletów.
Wyszłam na taras. Siedziały tam obie, owinięte w koce, z kubkami herbaty.
— Zdecydowałyśmy. Będziemy się zmieniać — oznajmiła Teresa.
— Ale następnym razem ja pierwsza w domu — dodała Kinga.
— Dlaczego ty? — warknęła teściowa.
— Bo jestem starsza!
— Ty…
— MAMY! — uniosłam rękę. — Albo dzielicie się fair, albo wynajmuję sobie mieszkanie i wyprowadzam się z psem. I matą do jogi.
Zamilkły.
A potem wybuchły śmiechem. Obie.
— No dobra, Tereska, może— Może ty jednak pierwsza? — powiedziała Kinga ze szczerym uśmiechem, a Teresa spojrzała na nią zaskoczona, po czym obie wyciągnęły ręce w geście zgody, a ja w końcu odetchnęłam, bo choć to dopiero początek wojny o domową władzę, dziś przynajmniej będzie spokojna sobota.



