Teściowa zawsze wie lepiej
Weronika drgnęła na dźwięk głośnego dzwonka telefonu. Na ekranie migotało „Barbara Stanisławówna”. Teściowa dzwoniła już trzeci raz tego ranka. Weronika wzięła głęboki oddech, zebrała się w sobie i nacisnęła zieloną słuchawkę.
— Tak, Barbaro Stanisławo, słucham.
— Weroniko, dlaczego nie odbierasz telefonu? — głos teściowej brzmiał wyraźnie z pretensją. — Dzwonię i dzwonię!
— Gotowałam kaszę dla Zosi, ręce miałam zajęte — skłamała Weronika, choć w rzeczywistości po prostu nie chciała po raz setny dyskutować o tym, jak źle wychowuje dziecko.
— Znowu ta kasza! Mówiłam ci — dzieci potrzebują mięsa! Mój Krzysiu na mięsie wyrósł, zobacz, jaki jest krzepki! A twoja Zosia taka blada, zaraz ją pierwszy wiatr zdmuchnie.
Weronika zamknęła oczy i policzyła do pięciu. Ich córeczka miała dopiero trzy lata, a lekarz powiedział, że rozwija się normalnie. Po prostu taka budowa — w rodę po tacie.
— Barbaro Stanisławo, karmimy ją też mięsem. Na obiad będą pulpeciki.
— No i dobrze! Właśnie dlatego dzwoniłam. Wpadnę do was dziś, przywiozę rosół z kury. Na kościach, tak jak Krzysiu lubi. I narobiłam kotletów, po moim przepisie. Bo z twoimi pulpetami…
Weronika skrzywiła się. W „pulpetach” brzmiał taki nieskrywany sarkazm, jakby proponowała dziecku truciznę.
— Nie trzeba się trudzić, mamy wszystko — próbowała się sprzeciwić.
— Jaki trud? Babcia chce odwiedzić wnuczkę! Nie zabronisz?
W tym zdaniu było całe oblicze teściowej — umiejętność postawienia sprawy tak, że każda odpowiedź inna niż zgoda brzmiałaby jak potworna obraza.
— Oczywiście, niech przyjeżdża — poddała się Weronika.
Po zakończeniu rozmowy przyłożyła czoło do chłodnej szyby. Za oknem wirowały pojedyncze płatki śniegu, osiadając na nagich gałęziach. Listopad był przejmująco zimny i szary.
— Mamusiu, z kim rozmawiałaś? — z pokoju dziecięcego wyjrzała Zosia, ściskając w rękach sfatygowanego pluszowego misia.
— Babcia Basia przyjedzie dziś — uśmiechnęła się Weronika, starając się, by głos brzmiał radośnie.
— I znowu będzie mówić, że źle jem? — zmarszczyła brwi dziewczynka.
Weronice ścięło serce. Nawet dziecko zauważało tę nieustanną krytykę.
— Babcia po prostu bardzo cię kocha i chce, żebyś wyrosła na zdrową i silną.
Zosia nie wyglądała na przekonaną, ale skinęła głową i wróciła do swoich zabawek.
Weronika zabrała się za sprzątanie. Choć ona i mąż preferowali twórczy artystyczny nieład, przed wizytą teściowej mieszkanie musiało lśnić idealną czystością. W przeciwnym razie nie omieszkałaby skomentować, że „w takim chlewie i zarazki się zalęgną”.
W ciągu dwóch godzin zdążyła umyć podłogi, przetrzeć kurze i nawet upiec szarlotkę — jedyne jej kulinarne dzieło, które teściowa zawsze chwaliła.
Krzysztof miał wrócić z pracy na obiad. Oboje pracowali zdalnie — on jako programista, ona jako grafik. Ale dziś miał ważne spotkanie z klientem i pojechał do biura.
O drugiej punktualnie zadzwonił dzwonek. Barbara Stanisława była punktualna jak szwajcarski zegarek.
— No witaj, synowa! — teściowa, niska, korpulentna kobieta z farbowanymi na kasztanowo włosami, uroczyście wkroczyła do mieszkania, obładowana torbami. — A gdzie moja księżniczka?
Zosia nieśmiało wyjrzała z pokoju.
— Chodź tu, złotko! Babcia przyniosła smakołyki!
Dziewczynka podeszła i grzecznie wyciągnęła rączkę do pocałowania. Tego gestu nauczyła ją właśnie Barbara Stanisława, uważająca, że dziewczynki powinny dorastać na „prawdziwe damy”.
— Rączkę całuje się tylko dorosłym pannom — teściowa pochyliła się i przytuliła wnuczkę. — Jak będziesz miała szesnaście lat, wtedy będziesz wyciągać rączki do kawalerów. A babci wystarczy zwykłe „dzień dobry”.
Weronika przewróciła oczami, gdy teściowa nie widziała. Sprzecznych wskazówek w wychowaniu od Barbary Stanisławy było pod dostatkiem.
— Barbaro Stanisławo, pomogę pani z torbami — zaproponowała Weronika.
— Tak, tak, zanieś do kuchni. Narobiłam tyle! Krzysiu musi jeść porządnie, a nie byle czym się żywić.
W kuchni teściowa natychmiast przejęła dowodzenie:
— Weroniko, podaj duży garnek. Nie, nie ten plastikowy, tylko porządny. I gdzie macie chleb? Trzymacie go w lodówce? Nie wolno chleba w lodówce przechowywać! Wtedy czerstwieje!
Weronika cierpliwie podawała naczynia. Po sześciu latach małżeństwa z Krzysztofem przywykła, że jego matka zawsze wie, jak powinno być.
— Zosia jakaś blada — zauważyła teściowa, wyjmując z pojemników domowe przetwory. — Wychodzicie z nią na spacery? Dajecie witaminy?
— Tak, codziennie spacerujemy, jeśli pogoda pozwala. I pije zestaw witamin, który zalecił pediatra.
— Pediatra! — prychnęła Barbara Stanisława. — Co oni rozumieją, ci młodzi lekarze? Za moich czasów…
„Zaczyna się” — westchnęła w duchu Weronika.
— Za moich czasów dzieci były na dworze od rana do wieczora! I hartowaliśmy je! Krzysia wyprowadzałam w każdą pogodę. I nic, wyrósł zdrowy.
Weronika milczała, choć mogła przypomnieć, że jej mąż co zimę chorował na zapalenie oskrzeli i w dzieciństwie miał chroniczne zapalenie migdałków.
— Barbaro Stanisławo, upiekłam ciasto. Napijemy się herbaty?
— Najpierw obiad. Wszystko po kolei. I gdzie Krzysiu? Dlaczego jeszcze nie wrócił?
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, w przedpokoju zaskoczył zamek.
— O, jest! — ożywiła się teściowa.
Krzysztof wszedł do mieszkania, zdziwiony widokiem szeregu butów w przedpokoju.
— Mamo? Nie mówiłaś, że przyjedziesz?
— Jak to nie mówiłam? Dzwoniłam dziś rano do Weroniki! — oburzyła się Barbara Stanisława.
Weronika przepraszająco uśmiechnęła się do męża. W wirze zajPo kolejnej wizycie teściowej, Weronika i Krzysztof wymienili ciche spojrzenie pełne porozumienia, wiedząc już, że ich mała rodzina to najważniejsza twierdza, którą zawsze będą bronić razem.



