— Wyjeżdżam, tato — głos Oli drżał, ale w jej oczach paliło się uparte postanowienie. Stała w drzwiach ciasnej kuchenki, ściskając telefon jak koło ratunkowe. Na jej jeansowej kurtce błyszczała przypinka z napisem “Marzenia”. — Do cioci Kasi. Do Krakowa. Tam przynajmniej jest życie.
Tomasz zastygł z kubkiem wystygłej herbaty w dłoniach. Jego córka, jego Ola, patrzyła na niego jak na obcego. Za oknem rozbrzmiewał wieczorny gwar miasta — klaksony samochodów, śmiech dzieci z podwórka — ale w jego piersi panowała cisza jak przed burzą.
— Wyjeżdżasz? — powtórzył, starając się opanować głos. Jego palce ścisnęły kubek tak mocno, że kostki zbielały. — I myślisz, że tam będzie lepiej? Bez mnie?
— A co tu jest? — Ola prychnęła, odgarniając ciemne włosy z twarzy. — Ty wciąż utknąłeś w przeszłości. Z mamą. Z tym swoim autobusem. Ja już tak nie mogę, tato. Mam piętnaście lat, a czuję się jak w klatce!
Odwróciła się i wyszła, trzasnąwszy drzwiami. Dźwięk odbił się echem w mieszkaniu. Tomasz postawił kubek na stole, czując, jak serce mu się ściska. Wiedział, że Ola ma rację — rzeczywiście trzymał się przeszłości jak tonący brzytwy. Ale puścić ją? To było ponad jego siły.
***
Poranek w ich bloku na obrzeżach miasta pachniał kawą, lekko przypalonymi tostami i smarem, który Tomasz przynosił na ubraniu. Obudził się o szóstej, jak zwykle, by zdążyć na pierwszą zmianę. Jego stary autobus, pomalowany na wyblakły błękit, czekał na parkingu zajezdni. Praca kierowcy była monotonna, ale pewna — jak bicie serca. To ona utrzymywała go na powierzchni po śmierci Ani, jego żony, pięć lat temu.
— Ola, wstawaj, spóźnisz się do szkoły! — krzyknął, stojąc przy kuchence i przewracając jajecznicę. Patelnia syczała, a w radiu cicho grała popowa piosenka. W odpowiedzi usłyszał tylko ciszę. Ola ostatnio prawie z nim nie rozmawiała, chowając się za słuchawkami albo ekranem telefonu.
— Tato, sama sobie poradzę — burknęła, w końcu pojawiając się w kuchni. Jej szkolna bluzka była lekko pomięta, czarne adidasy rozwiązały się, a plecak zwisał na jednym ramieniu. — Znowu całą noc spędziłeś w garażu?
— Musiałem sprawdzić silnik — wzruszył ramionami, podając jej talerz z jajecznicą i kanapką. — Jedz, bo do obiadu nie dotrwasz.
— Nie jestem głodna — Ola przewróciła oczami, ale wzięła kanapkę i ugryzła kęs. Była tak podobna do Ani — te same ciemne oczy, ten sam uparty podbródek, ta sama mina, kiedy się złościła. Czasem Tomasz patrzył na córkę i widział żonę, śmiejącą się w ich dawnym mieszkaniu, gdy dopiero zaczynali razem życie. Ale Ania odeszła — rak zabrał ją szybko, zostawiając go z dziesięcioletnią Olą i pustką, której nigdy nie potrafił wypełnić.
— Tato, dzisiaj wrócę późno — rzuciła Ola, już kierując się do drzwi. — Mamy projekt w szkole, potem pójdę z Kasią na lody.
— Dobrze, tylko zadzwoń — powiedział, wycierając ręce w ręcznik. — I nie włócz się do nocy, Ola. Martwię się.
— Wiem, wiem — prychnęła i wyszła, pozostawiając za sobą zapach owocowego szamponu.
Tomasz westchnął, dopił kawę i wyszedł do zajezdni. Jego autobus, przez kolegów nazywany „Dziadkiem”, był dla niego czymś więcej niż tylko pojazdem. To był jego świat — woń benzyny, skrzypienie skórzanych siedzeń, znajome twarze pasażerów, którzy codziennie rano się z nim witTego wieczoru, gdy Ola zasnęła z głową opartą na jego ramieniu, a w radiu cicho grała jej ulubiona piosenka, Tomasz zrozumiał, że choć drogi bywają kręte, to najważniejsze jest, by iść nimi razem.



