Masz słuchać, to ci kotkę opowiem o Marysi co za mąż wyjść chciała. Nikomu we wsi nie mieściło się w głowie, dlaczego ta dziewczyna sama chodzi. Przecież porządna kobieta, zdrowa, mądra, urodziwa. I pracę ma dobrą – weterynarzem przy dużym gospodarstwie. Pewnie przez to, że nie stąd, co tu ukrywać, od naszych baby różna była.
“Gdyby Marysia koronę trochę niżej nosiła, może by się jakiś chłop znalazł. Jasne, dobrych to jak kania dżdżu, ale zawsze to męski duch w domu” – zaczęła Eżewska, rozpoczynając jak zwykle gadkę u starych na ławeczce. Ona zawsze pierwsza oceniała wszystkich. We wsi każdą nowinę wiedziała prędzej, niż się stała.
Ale zawsze miała przeciwniczkę – Szynkiewiczową. Przyjaciółki od młodości, i tyle samo się kłóciły. Gdy Szynkiewiczowa mówiła biało, Eżewska aż się pieniła, że czarne.
Baby zaraz spojrzały na Szynkiewiczową, czekając na jej odpowiedź. Nie kazała sobie długo czekać.
“A co to za nowiny? Żeby w domu śmierdziało brudnymi skarpetami, babą trzeba być bezduszną. Słuchajcie ją! Nic od chłopa nie trzeba, niech tylko śmierdzi? A babka niech haruje? Fe! Już lepiej z koroną chodzić!”
Eżewska aż się zaczerwieniła.
“Czego ty pleciesz, głupia babo? Babie do pary chłopa trzeba! Żeby gospodarz w domu był!”
“To mi powiedz po co? Sama mówisz, że same niedobitki zostały! Na co się tobie zdał? Żeby nad nim łachy prać?”
Eżewska nie wytrzymała, poderwała się.
“Oj, głupie ty! A dziecko porodzić?”
“To ty głupia! Dziecko porodzić, a potem takiego niby-chłopa na barkach ciągnąć przez życie? Nie lepiej do miasta skoczyć, fajnego, przystojnego znaleźć i dziecko zrobić? I nie karmić pasożyta-opilca, tylko sobie żyć?”
Baby oniemiały. Największe wojny przyjaciółki toczyły zawsze o moralność. Raz się tak zirytowały, że miesiąc milczały. Nawet na ławeczkę nie przychodziły. Strasznie im się nudziło wtedy. A stało się tak, bo Eżewska miała jednego męża, co go już dwadzieścia lat temu złożyła do ziemi, a Szynkiewiczowa trzech, i teraz zaglądał do niej Wasyl-dekarz, gospodarstwa łączyć proponując. Szynkiewiczowa po siedemdziesiątce, temu dawnemu dekarczykowi pod osiemdziesiątkę, i nic.
Więc zdania o takich rzeczach miały zawsze różne.
I teraz też skończyłoby się kłótnią, gdyby nie to, że pojawił się przedmiot dyskusji.
“Dzień dobry, dziewczęta!”
Marysia stanęła i patrzyła na staruszki z uśmiechem.
“O, Marysiu! Z miasta?”
“Z miasta, Katarzyno Szynkiewiczowa. Przywiozłam krople na pchły, komu kociaki się drapią, zajdę i zakroplę.”
“Oj, Józia, kotom pchły przecież służą!”
“Co wy mówicie, Antonino Eżewska! Teraz taki środek – zakroplisz raz i pół roku możesz futrzaka z kanapy nie przepędzać.”
Tu znowu odezwała się Szynkiewiczowa. Spojrzała z wyższością na przyjaciółkę:
“Marysiu, dziękuję, zajdź do mnie. Ja, w przeciwieństwie do niektórych głuchoniemych ludzi żyjących jak za króla Ćwieczka, rozumiem, jakie to dobre. A na takich nie patrz, nie zdziwię, czy ona się mydła nie używa.”
I Szynkiewiczowa zatrzęsła się od chichotu. A Eżewska poczerwieniała ze złości.
Marysia się uśmiechała. Po sześciu latach we wsi przywykła, że życia prywatnego tu nie ma i być nie może. Jest tylko publiczne. Z początku się przejmowała, obrażała. Potem zrozumiała – to całkiem normalne. Martwić się trzeba, jak o tobie nie gadają – znaczy, że dla nich jesteś powietrzem.
***
Marysia przyjechała tu sercem kierowana. Całkiem miejskie dziewcze, jakoś od dziecka marzyła, by żyć na wsi, leczyć konie, krowy i wszelkie stworzenia. Zawsze powtarzała, że zwierzęta to najwierniejsi i najmilsi członkowie rodziny. Zwyczajnie nie powiedzą, gdzie je boli.
Jak zobaczyła ogłoszenie, że potrzebny weterynarz do dużego gospodarstwa rolnego, i jeszcze z domem dawano, nie myślała ani chwili. Zadzwoniła, przyjechała i została. Dom doprowadziła do porządku w dwa miesiące. Trzeba było trochę pożyczyć od rodziców, ale szybko oddała – przy pensji nie oszukiwali.
Rodzice kilkakrotnie ją odwiedzili. Mówili, że wszystko ślicznie, ale zaraz potem namawiali do powrotu.
“Marysiu, co tu fajnego? Przecież to wieś! Ani kina, ani teatru. Nic, nawet latarnia jedna świeci” – biadała mama.
Tata też patrzył niechętnie. Choć gdyby mama powiedziała, że super, pewnie też by ją poparł.
Marysia tylko się śmiała.
“Poczekajcie! Świnkę sobie sprawię! Będę was świeżym mięsem zaopatrywać!”
A oni tylko bezradnie głowami kręcili.
***
Marysia słowa dotrzymała. Teraz miała już świnkę, kury i indyki. Rodzice, zrozumiawszy, że nie przegadają, machnęli ręką i cieszyli się jej wiejskim królestwem.
Ale było coś, co Marysię martwiło naprawdę. Jak każda kobieta, Marysia też chciała zamąż pójść. Prawda, że później zdała sobie sprawę, że za mąż nie chce – tylko tak się zdaje. Ale dzieciątko w trzydziest
I wlaśnie gdy zgaszając światło, uświadomiła sobie, że w tej cichej wsi, w środku swoich zwierząt i gderliwych, ale serdecznych sąsiadek, czuje się szczęśliwsza niż kiedykolwiek w mieście. “. A gdy tylko słońce wzeszło, pies sąsiadów zaczął ujadać na wiewiórkę, więc Nina wstała jak zawsze, gotowa na nowy dzień wśród swoich zwierząt i przyjaciół.”



