Moja teściowa jest jak siostra
– Nie śmiej tak mówić o mojej matce! – Witold uderzył pięścią w stół, aż podskoczyły filiżanki. – Całe życie się dla nas poświęca!
– Poświęca? – Bożena odwróciła się znad kuchenki, machając chochlą. – Twoja mamusia znów zabrała klucze i przyszła bez zapowiedzi! Stałam w szlafroku, włosy nieuczesane! A ona prawiła mi kazanie o porządku w domu!
– Co się z tobą dzieje? Dawniej uwielbiałaś Jadwigę Leonidównę…
– Dawniej byłam naiwną głupią gęsią! – głos Bożeny drżał z gniewu. – Myślałam sobie, jaka wspaniała teściowa mi się trafiła. A to się okazało, że tylko śledzi każdy mój krok!
Jadwiga Leonidówna stanęła w progu kuchni, słysząc tę rozmowę. W ręku trzymała torbę z pierogami – uwijała się od rana, chcąc dzieci czymś ucieszyć. Serce jej ścisnęło się z bólu. Czyżby naprawdę przeszkadzała? Czy Bożena tak bardzo ją nienawidzi?
– Mamo? – Witold się odwrócił, dostrzegając ją w drzwiach. – Długo tu stoisz?
– Ja… – Jadwiga Leonidówna zmieszała się, spoglądając to na synową, to na syna. – Przyniosłam pierogi. Z kapustą, wasze ulubione.
Bożena odwróciła się do garnków, jej ramiona się spięły. Zapadło ciężkie, niezręczne milczenie.
– Mamo, wchodź – Witold sięgnął po krzesło. – Napijemy się herbaty.
– Nie, ja lepiej… wrócę do siebie – wypowiedziała cicho Jadwiga Leonidówna, stawiając torbę na stole. – Widać nie w porę przyszłam.
Odwróciła się i szybko podążyła do wyjścia, starając się nie pokazać, jak jej przykro. Za plecami słyszała stłumione głosy syna i synowej, ale nie chciała rozróżniać słów.
W domu Jadwiga Leonidówna usiadła przy oknie z kubkiem zimnej herbaty. Jak to się stało? Gdy Witold przyprowadził Bożenę na zapoznanie, od razu polubiła dziewczynę. Taka miła, skromna, o dobrych oczach. A Bożena wydawała się wtedy szczera, nazywała ją mamą, radziła się w sprawach domu.
A teraz? Czyżby naprawdę wtrącała się nie w swoje? Może rzeczywiście zbyt często ich odwiedza? Ale przecież mieszkają w sąsiednim budynku, przecież tylko przez podwórko przejść. I chce zobaczyć wnuczka, swojego Karolka.
Telefon zadzwonił wieczorem. Bożena.
– Jadwiga Leonidówna, mogę do pani zajść? Sama…
– Naturalnie, kochanie, przychodź.
Bożena przyszła zaczerwieniona, zapłakana. Usiadła naprzeciw teściowej, dłonie zaciśnięte w pięści.
– Przyszłam przeprosić – zaczęła zmieszana. – Za to rano… Przy Witoldzie… Nie powinnam była tak…
– Bożenka, a co się stało? – Jadwiga Leonidówna pochyliła się ku synowej. – Co tak cię zmartwiło?
– Po prostu wszystko na raz jakby się zwaliło – Bożena otarła oczy rękawem. – W pracy redukcje etatów, nie wiem, zostanę czy nie. Karolek chory od trzech tygodni, lekarze nic konkretnego nie mówią. A Witold… on przecież nie widzi, że jestem na krawędzi. Praca, dom, dziecko… I wtedy pani wpada, ja niegotowa, nieogarnięta…
– Oj, córuchno – Jadwiga Leonidówna przysunęła się bliżej, objęła Bożenę za ramiona. – Po co ty się martwisz tym sprzątaniem? Ja przecież nie jestem obcą kobietą, jestem rodziną.
– W tym właśnie rzecz – zasnifnęła Bożena. – Pani jest doskonałą gospodynią, u pani zawsze porządek, gotuje pani wyśmienicie. A ja przy pani czuję się do niczego.
Jadwiga Leonidówna spojrzała na synową ze zdziwieniem.
– Bożenka, co ty mówisz? Co to do niczego? Jesteś wspaniałą żoną i matką. A dom… Co znaczy dom, gdy dziecko chore i praca się rozpada.
– Naprawdę pani nie potępia? – Bożena podniosła zapłakane oczy.
– Co ty, kochanie. Sama przez to przechodziłam, gdy Witolda wychowywałam. Pamiętam, zachorował na ospę, gorączka pod czterdzieści, tydzień nie spałam. A przychodzi moja teściowa, widzi nieumyte naczynia i zaczyna mnie prześladować. Do dziś przykro.
Bożena pierwszy raz od dawna się uśmiechnęła.
– A ja myślałam, że mnie pani krytykuje. Patrzy pani, jak ona żyje, dom zaniedbany, męża nie karmi jak należy…
– Mój Boże – pokręciła głową Jadwiga Leonidówna. – Ja przecież tylko chciałam pomóc. Pierogi upiekę, żebyście nie musieli gotować. Karolka posiedzę, gdy po sprawy będziecie. A wychodzi, że tylko przeszkadzam.
– Nie przeszkadza pani – cicho powiedziała Bożena. – To ja jestem głupia. Rozhisteryzowałam się i na panią się wyżyłam.
– Wiesz co – Jadwiga Leonidówna wstała, poszła do kuchni. – Napijmy się porządnej herbaty, z ciastem. I opowiedz mi o tej pracy. Może coś wymyślimy.
Siedziały prawie do północy. Bożena opowiadała o służbowych trudnościach, o tym jak martwi się o Karolka, jak męczy ją bezustanny pośpiech. Jadwiga Leonidówna słuchała, przytakiwała, czasem dodawała swoje uwagi.
– A wiesz, mam znajom w kuratorium oświaty – powiedziała zamyślona. – Może ona coś podpowie, jeśli rzeczy
I tak zrozumiały, że przywiązanie, które z czasem rozkwitło między nimi, było równie mocne jak więź krwi, bo zbudowane na wzajemnym szacunku i szczerym pragnieniu wspólnego szczęścia.



