Wstyd, który nie mija
Katarzyna Wiśniewska otarła kurz z ramki zdjęcia, gdzie stała sama w białym fartuchu wśród kolegów. Młoda, uśmiechnięta, pełna nadziei. Wtedy zdawało się jej, że całe życie przed nią, że zostanie się wspaniałym lekarzem, będzie ratować ludzi, a wszyscy będą jej wdzięczni.
— Mamo, znowu oglądasz tę fotografię? — głos córki dobiegł z korytarza. — Schowaj już te zdjęcia, po co się dręczysz?
— Nie twoja sprawa, Malwino — burknęła Katarzyna, ale ręce i tak zadrżały. — Lepiej zajmij się zmywaniem naczyń.
Malwina weszła do pokoju, usiadła obok matki na sofie.
— Mamo, ile można? Minęło tyle lat, a ty wciąż nie możesz zapomnieć. Nikt już nie pamięta tej sprawy, tylko ty.
— Nie pamiętają? — gorzko się uśmiechnęła Katarzyna. — A Genowefa pamięta. Wczoraj spotkałam ją w sklepie, nawet głowy nie odwróciła. Udaje, że nie widzi.
— A może po prostu nie zauważyła! Albo okulary w domu zostawiła. Mamo, no dość już się zadręczać!
Katarzyna postawiła ramkę na miejscu i odwróciła się do okna. Za szybą mżył drobny deszcz, tak samo posępny jak, jak jej nastrój. A przecież kiedyś lubiła deszcz, mawiała, że zmywa wszystko, co złe…
Wszystko zaczęło się trzydzieści lat temu, gdy Katarzyna pracowała jako lekarz podstawowej opieki zdrowotnej w przychodni rejonowej. Mł,oda, energiczna, starała się pomóc każdemu pacjentowi, spędzając w pracy po dwanaście godzin dziennie. Koledzy szanowali, chorzy ją lubili, ordynator stawiała za wzór.
Tego dnia przyszła do niej na wizytę Stanisława Wójcik, starsza pani często skarżąca się na bóle serca. Katarzyna przyzwyczaiła się już do jej wizyt, wiedziała, że babcia mieszka sama, dzieci nie ma, a lekarz był dla niej jedynym ukojeniem.
— Doktor kochana — zaszeptała Stanisława, siadając na krześle — serce tak mnie rozbolało. Całą noc nie spałam, myślałam, że skończę.
— Proszę posłuchać — Katarzyna przyłożyła stetoskop do klatki piersiowej pacjentki. Serce biło równo, żadnych odchyleń nie było słychać.
— Stanisławo, wszystko w porządku. Może się pani czymś zdenerwowała?
— Co pani, doktor! Ból taki, że aż sztylet wbija! — staruszka złapała się za pierś. — Może jakieś zastrzyki? Albo do szpitala mnie skieruje? Tak straszno mi w domu samotnej!
Za oknami gabinetu gromadziła się już kolejka na następny dzień, czasu katastrofalnie brakowało, a w domu czekał mały synek z gorączką. Katarzyna zmęczonym gestem potarła skronie.
— Stanisławo, dokładnie panią zbadałam. Serce działa normalnie, ciśnienie w normie. Niech pani przyjmie waleriany i dobrze się wyśpi. Jeśli będzie gorzej — koniecznie wezwij pogotowie.
— Ale pani doktor…
— Przepraszam, mam jeszcze wielu pacjentów. Do widzenia.
Staruszka powoli podniosła się z krzesła, spojrzała z nadzieją na lekarkę, ale ta już przywoływała kolejną osobę. Stanisława westchnęła i powlekła się do wyjścia.
Katarzyna, prędko zapomniała o tej wizycie. W domu krzątała się przy chorym synku, mąż zatrzymał się w pracy, kłopoty po uszy. Nazajutrz znów dyżur, pacjenci, papiery, harmider.
A rano zadzwoniła karetka.
— Katarzyna Wiśniewska? Wczoraj była u pani Stanisława Wójcik? Miała rozległy zawał, nie dowieźliśmy jej do szpitala…
Słuchawka wypadła jej z rąk. Katarzyna poczuła, jak pokój wiruje przed oczami. Nie może być. Wczoraj wszystko było w porządku, serce biło równo…
— Mamo, co się stało? — wystraszonym głosem spytała mała Malwinka, bawiąca się kukłami obok.
— Nic, córeczko, nic — zamruczała Katarzyna, ale łzy już toczyły się po policzkach.
W pracy sprawa stała się głośna szybko. W małym miasteczku wieści rozchodzą się jak błyskawica. Ordyn,ator wezwała Katarzynę do gabinetu.
— Co tam się u pani wydarzyło z Wójcik?
— Zofio Stanisławo, ja ją zbadałam, wszystko było w normie! Serce biło równo, żadnych szczególnych dolegliwości, tylko typowe jak na jej wiek…
— Rodzina składa skargę do ministerstwa zdrowia. Mówią, że odmówiła pani hospitalizacji.
— Jacy rodzina? Przecież jej nikt nie miał!
— Okazuje się, że w województwie mieszka siostrzenica. Bardzo aktywna pani, pracuje w prokuraturze. Katarzyno, rozumiem, że jest pani dobrą lekarką, ale sprawa poważna. Będziemy musieli to wyjaśnić.
Dochodzenie trwało kilka miesięcy. Katarzynę wzywano na komisje, domagano się wyjaśnień, wertowano kartę lekarską Stanisławy. Koledzy początkowo wspierali, ale stopniowo się odsuwali. W szpitalu chodziły słuchy, szeptano za plecami.
— Słyszałam, że Kasi mogą odebrać uprawnienia — plotkowała pielęgniarka Teresa. — Podobno nie wysłuchała staruszki, wyrzuciła z gabinetu.
— Co pani wygaduje! — oburzała się koleżanka. — Katarzyna taka uważna, nie może tak być!
— A może. Sama Genowefa mówiła, w kolejce siedziała. Słyszała, jak staruszka prosi o zastrzyk, a nasza Kasia odm
Kropla za kroplą deszcz spływał po szybie, a ja wciąż nie umiałam znaleźć w sobie przebaczenia dla tej młodej kobiety na fotografii, wiedząc, że ten wstyd i gniew zostaną ze mną aż po grób.



