— Pani Otylio, błagam panią! Nie zwalniaj mnie! Mam dwoje dzieci, kredyt hipoteczny! — Agnieszka stała przed dyrektorką szkoły, miętosząc w dłoniach pogniecione papiery. — Poprawię się, przysięgam!
— Agnieszko Michałówno, sfałszowała pani dyplom ukończenia studiów. To poważne wykroczenie, które…
— Właśnie kończyłam studia! Słowo honoru! Został mi tylko rok do obrony na pedagogice! — przerwała nauczycielka wczesnoszkolna, łzy spływając jej po policzkach. — Pani Otylio, daj mi pani szansę!
Dyrektorka Szkoły Podstawowej nr dwadzieścia jeden spojrzała na młodą kobietę ze współczuciem. Agnieszka pracowała u niej od trzech lat, dzieci ją uwielbiały, rodzice chwalili. Ale prawo to prawo.
— Dobrze. Daję pani miesiąc na przedstawienie prawdziwego dyplomu. W przeciwnym razie…
— Dziękuję! Bóg zapłać! — Agnieszka rzuciła się ku drzwiom, lecz na progu się odwróciła. — Ale skąd pani wiedziała?
— Z kuratorium przyszła kontrola dokumentów wszystkich pracowników. Przypadkiem wyszła niezgodność.
Agnieszka wybiegła z gabinetu i o mało nie wpadła na Bogdana Andrzejewicza, nauczyciela wf-u. Wysoki, siwowłosy pięćdziesięciopięciolatek przytrzymał ją lekko za łokieć.
— Co się stało, Agnieszko Michałówno? Biała pani jak ściana.
— Panie Bogdanie, wszystko stracone! — szlochała. — Zwolnią mnie!
— Ale za co?
Agnieszka zawahała się. Wstyd było wyznać prawdę. Bogdan Andrzejewicz był człowiekiem zasad, z nieskazitelną opinią, uczył w szkole od dwadziesięciu lat.
— Dokumenty… nie były w porządku — wybełkotała wymijająco.
— Co konkretnie? Może mogę pomóc?
Podniosła na niego zapłakane oczy. Bogdan Andrzejewicz zawsze odnosił się do niej po ojcowsku, czasem częstował cukierkami, pytał o dzieci. Po rozwodzie Agnieszce tak brakowało męskiego wsparcia.
— Dyplom… Mam kłopot z dyplomem.
— Zgubił się?
— Tak — skłamała, chwytając się tej deski ratunku. — Zagubił się przy przeprowadzce. A duplikat robi się wieki, straszna biurokracja.
Bogdan Andrzejewicz zamyślił się, drapiąc się po brodzie.
— A gdzie pani studiowała? W którym roku kończyła?
— Na Uniwersytecie Warszawskim — odparła bez mrugnięcia okiem. W rzeczywistości spędziła tam tylko trzy lata, po czym wyszła za mąż, urodziła dzieci i nauka poszła w odstawkę.
— Wiesz co, mam znajomego w archiwum tej uczelni. Może przyspieszy sprawę duplikatu. Jak panią wtedy wołali? Po mężu czy panieńsku?
Agnieszka poczuła, jak grzęźnie w bagnie kłamstw po uszy.
— Panieńsku. Agnieszka Michałówna Szymańska.
— Dobrze, pogadam z Kazimierzem Ignacym. On tam archiwum trzyma. Znamy się jeszcze z czasów studenckich.
— Panie Bogdanie, jest pan… taki dobry dla mnie — szepnęła. — Nie wiem, jak panu dziękować.
— Oj, dajże spokój! Jesteśmy przecież kolegami po fachu. Trzeba sobie pomagać.
Wieczorem w domu Agnieszka chodziła po kuchni jak mucha w smole. Siedmioletni Marek odrabiał lekcję przy stole, pięcioletnia Zosia bawiła się lalkami w kącie.
— Mamo, czemu płaczesz? — spytał chłopiec, odrywając się od zeszytu.
— Nic, synku. Po prostu zmęczona po pracy.
— A tata przyjdzie?
— Nie, Marku. Tata mieszka teraz osobno, pamiętasz?
Agnieszka popatrzyła na dzieci i poczuła, jak ściska ją w gardle. To dla nich sfałszowała dyplom. Potrzebowała pracy, jakiejkolwiek, byle z godną pensją. A do tego w szkole były dodatki socjalne, zniżki.
Nazajutrz Bogdan Andrzejewicz podszedł do niej na przerwie.
— Agnieszko Michałówno, rozmawiałem z Kazimierzem Ignacym. Sprawdził archiwa.
Serce zabiło jej mocniej.
— I co?
— Rzecz dziwna. Pani nazwiska nie ma na liście absolwentów. Może pomyliła pani rok? Albo wydział?
Agnieszka poczuła, jak ziemia ucieka spod nóg. Trzeba było szybko coś wymyślić.
— Wie pan, panie Bogdanie, chyba się pogubiłam. Po rozwodzie taki stres, pamięć szwankuje. Może to była inna uczelnia? Przypomnę sobie i panu powiem.
— Oczywiście, niech się pani nie martwi. Głowa po przejściach płata figle, to normalne.
Spojrzał na nią z taką troską, że zrobiło się jej jeszcze głupiej. Bogdan Andrzejewicz był wdowcem, żona zmarła trzy lata temu na raka. Nie mieli dzieci. Koledzy mawiali, że bardzo to przeżył, nawet wyjechał sam na urlop za granicę, by zapomnieć.
— Panie Bogdanie, może zaproszę pana na obiad? W podzięce za pomoc
A w tańcu, kiedy Henryk mocno trzymał swoją Kasię za rękę, oboje wiedzieli, że choć wiatr życia czasem niespodziewanie zakręci, ich krakowski domek z dwojgiem dzieci przy ulicy Lawendowej będzie już zawsze przystanią pełną szczęścia i ufności.



