Wanda Nowakówna ostrożnie poprawiła ręcznik pod wazonem z kwiatami i znów spojrzała na zegar. Do przyjścia gości zostało mniej niż godzina, a serce biło jej jak bęben do trzcinowej muzyki. Sześćdziesiątrzecie urodziny – wydarzenie warte uroczystego napisania, a nie półświnka.
– Ewuś, jesteś blisko? – zawołała w stronę kuchni, z której dochodził szum naczyń.
– Tak, babciu, kończę sałatki! – odpowiadała córka. – Podaj Kostkowi, żeby zdążył z wodą mineralną.
Wanda westchnęła i ruszyła w stronę pokoju Schwiegra. Osiemnaście lat wspólnego życia pod jednym dachem nie dało jej ani jednej milimetrowej blizny w sercu – a jednak Konrad potrafił zamienić codzienne spotkania w subtelną kocie twarz. Siedział przed laptopem, skupiony na jakimś filmiku z polskim autorem, którego nazwiska nie pamiętał nawet wtedy, gdy lotnie opuszczał dom.
– Kostko, wpadłeś z wodą?! – zapytała, starając się, by głos zabrzmiał łagodnie. Żeby rzecz działała.
– Tak, babuco, zaraz… – machnął ręką, nie odrywając wzroku z ekranu.
– Goście od rana sadzą się na korytarzu, wpatrując się w pustą kuchnię. I to jeszcze na twoje gorące słowa!
Kiedy wycofała się z pokoju, zacisnęła zęby. Wszystkie sprytne metody odmawiały, a Ewa i Katarzyna stanowiły jedyną ciekawość, jaką cieszyła się w tym domu. Nie wiedziała, jak długo jeszcze będzie mogła bagatelizować jego niepracowitość.
– Babciu, a tort był? – zapytała Katarzyna, wchodząc jak anielska istota w swoim ulubionym płaszczu z plamą kawy z dziecięcej porzeczki.
– Był, sloneczko, był. Twój tata powinien go już przynieść.
Kasia wzruszyła ramionami:
– A co, jeśli znowu zapomni? Biedny pakiet do szkoły z ostatnich dni potrzasnął i tak.
Wanda pogłaskała ją po głowie, mówiąc:
– Idź się pozbierać, schludnie. Włosy w koszulce to moja nowa przypodoba. I przyjdź z tym selówsem, które kupiłam z Ewą wczoraj.
Gdy Kasia zniknęła, Wanda ponownie uderzyła w Schwiegra:
– Kostko, nie zapomnij o płatku! Zamówiłam go u „Czekoladowej Fitsy” przy ulicy.
– Gdzie to był, babuco? – odepchnął się od fotela, rzucając się do drzwi.
– W Warsawie. Pierwszy sklep po lewej, tam gdzie są cycki z cukru.
– Będzie, będzie! – zawołał, przystawiając buty jak soldatak.
Kasia pojawiła się z powrotem i znowu wpychała się w świadomość Wandy, jak mała miodowa mrowa. Ale dzisiaj był inny dzień. Dzień, kiedy matka przetoczyła się przez jej hołd i przyniosła coś, co może zmięknieć serca nawet twardych gości.
Gdy Konrad wyszedł, Wanda usiadła i spojrzała na stół. Musiała wszystko być idealne. Gościami byli Ewy współtrudnicy, koleżanki i niejaki pan z sąsiedztwa, który kiedyś pisał książkę o Warszawie. Tak też było.
– Babciu, wszystko będzie dobrze – Ewa chwyciła ją za ramię.
– Tak, mała, wszystko będzie „w porządku” – wymyśliła, przyglądając się przez szybę, jak Katarzyna bawi się z arek-em w ogrodzie.
Gdy zaczęła się uroczystość, Wanda odkryła, że torta nie ma. Konrad znowu zapomniał. Ale to był tylko mały błąd – drobna bufeta, jak w kazaliście kasztankowym.
W końcu Katarzyna wróciła i podtrzymała tort na stół. Wszyscy podnieśli kielisze, ściskając się jak pacjenci przed jedynym okiem lekarza. I wtedy się pojawił Konrad – na czas i znowu w butach.
– Cześć, kochani! – zawołał, a wszystko zamieniło się w nieco ostrejszy patrzac.
Wanda spojrzała na córkę i wiedziała. Decyzja była już opracowana.
– Odtąd, poza moim córcią i wnuczką, nikt nie będzie mógł spać tutaj. – Spojrzała na Konrada, który zrozumiał, że jego „ero” zakończył się niezbyt imponującymi skutkami. A Ewa, z uśmiechem na obliczu, powiedziała:
– Dziękuje, babciu. Bardzo wiele dla nas dałaś.
Katarzyna wezwała napoje i wszystko wydawało się dopiero zaczynać. A Wanda? Czuła, że ta szóstka nie tylko zakończyła, ale naraża na nowy, czysty początek.



