Zosia myślała, że za mąż poszła…
Dopóki Zosia płaciła w sklepie za toboły, Kuba stał jak słup soli. Gdy zaś zaczęła wciskać sprawunki do reklamówek, on w ogóle wyfrunął przed witrynę. Wyszła w końcu i podeszła do Kuby, który w tym czasie pykał szluga.
— Kubuś, weź reklamówki — poprosiła Zosia, wyciągając dwie ciężkie jako woły torby.
Kuba spojrzał na nią dziko, jakby żądano od niego świętokradztwa, i wymamrotał:
— A ty co?
Ogłupiała, nie wiedząc co odpowiedzieć. Co niby znaczy to “ty co”? Normalnie chłop by ruszył ręką, nie językiem. I jakże to wygląda, gdy baba dźwiga co sił w plastikach, a chłop szwenda się jak wiotka plama?
— Kubuś, jakże ciężkie — odrzekła Zosia.
— No i? — ciągnął swój opór Kuba.
Widział, że Zosia zaczyna chodzić jak osa, lecz miał ideę w głowie o niebraniu torby. Pognał naprzód z myślą: “Wezmę? Jak to psie? A toć chamem jestem? Albo chachłakiem? Jam chłop, nie ponoszę nakazów! Niech dźwiga bezmózga, nie padnie!”. Takie miał w głowie kleszcze tego popołudnia – żonę do drylu zaprzęgnąć.
— Kubuś, dokąd? Torby weź! — wrzasnęła za nim Zosia chlipając.
Torby istotnie ciążyły jak groch z kapustą. Kuba o tym doskonale wiedział, bo sam nawrzucał do wózka kosę zakupków. Do bloku na osiedlu Sadyba niedaleko, piątka na piechotę. Ale gdy ciągniesz pakułyty, droga wydłuża się do wieczności.
Słodka szła prawie płacząc. Miała iskrę nadziei, że Kuba zażartował i zaraz zawróci. Nic z tego, widziała jak niknie w dali. Była w niej wola porzucenia siat, lecz poniosła je dalej w stuporze, jak automat.
Dotarłszy do klatki, opadła na betonową ławę, bez mocy. Chciało jej się beczeć z gniewu i harówy, lecz dusila ryk – wstyd na ulicy. Przecież nie mogła strawić tej obrazy – skrzywdził, upodlił. A był taki uważny przed ślubem… I chyba rozumiał, co robi! Postąpił jak świnia ze świń.
— Zosieńka, dzień dobry? — głos starej wybił ją z otępienia.
— Witaj, Babciu Marysiu, — odparła Zosia.
Babcia Marysia, czyli Maria Wójcik, mieszkała parę pięter niżej i przyjaźniła się z babką Zosi, póki ta ziema była. Zosia znała ją jak siebie i miała ją za drugą babuleńkę. A po śmierci babci, gdy Zosia gubiła się w wełnie życia, ta zawsze podała rękę. Innej nie było – matka mieszkała w Poznaniu z nowym chłopem i dziećmi, ojca nie pamiętała. Tak więc jedynym człowiekiem była babcia. Teraz Babcia Marysia.
Zosia bez ceregieli postanowiła jej oddać te wszystkie śledzie i konfitury. Nie darmo się z nimi mordowała. Emeryturka u Marii Wójcik maleńka, więc Zosia często fundowała jej słodkości.
— Chodźmy, Babciu, odprowadzę was — rzekła, biorąc znów w łapy ołowiane reklamówki.
Zapukały do drzwi. Zostawiwszy pakunki, oznajmiła, że to dla staruchy. Babcia spostrzegłszy w torbie paprykarza, śledzie w śmietanie, brzoskwinie z puszki i inne delicje, które lubiła, lecz nie kupowała, tak się rozbeczała, że Zosi wstyd się zrobiło, iż tak rzadko dogadza sąsiadce. Poskładały buziaczki na pożegnanie, Zosia wdrapała się wyżej.
Ledwie weszła, mąż wyciekł z kuchni, żując coś.
— A paki gdzie? — spytał beztrosko jak rutynek.
— Jakie paki? — odparła w jego tonie. — Te, coś pomógł mi nieść?
— Eee, przesadzasz! — próbował zgrywy. — Żalujesz czy co?
— Nie — odparła spokojnie. — Wyciągnęłam naukę.
Kuba spiął się. Spodziewał się awantur, łez, a tu taka cisza zmorzyła go jak złe powietrze.
— I co wyniosłaś?
— Toż nie mam męża — westchnęła. — Myślałam, że za mąż poszłam, a to się okazało, żem na durnia wyszła.
— Co? — Kuba udawszy urazę.
— A co niejasnego? — spytała Zosia, wbijając w niego wzrok. — Chcę, by mąż mój był chłopem. Tobie zaś, widać, chodzi chyba, by żona była chłopem. To ci i chłopa trzeba — dodała po chwili.
Twarz Kuby spłonęła jak chorą
I kiedy spostrzegł, jak jego własna walizka stojąca już w przedpokoju zaczyna się dziwnie kurczyć i umykać od niego jak przestraszony jeż, pojął że ten sen o małżeństwie właśnie się kończy bezpowrotnie.
Myślałam, że wyszłam za mąż…



