Kurcze, posłuchaj. „Dzięki nawet nie powiedziałeś” — zaczyna mama.
— Mamo, daj spokoj, znowu to samo! — rzucił zirytowany Kamil, nawet nie odrywając wzroku od komórki. — Mówiłem, że mam nawał!
— Nawał on! — Hania stuknęta wilgotną szmatą w stół. — Czterdzieści lat ci zaraz stuknie, a zachowujesz się jak gimnazjalista! Kamil, proszę cię, pojechałbyś do babci, dzwoniła wczoraj, skarży się, że źle się czuje!
— Mamo, mam spotkanie za godzinę! Ważne spotkanie! — Kamil w końcu oderwał wzrok od ekranu, spojrzał na matkę. — Pojadę potem, wieczorem albo jutro.
— Jutro, pojutrze… — Hania opadła na krzesło naprzeciw syna, zmęczona. — Twoja babcia osiemdziesiąt trzy wioski przeżyła, a ty zawsze masz powody, żeby nie wpaść.
— O, nie zaczynaj tego hymnu! — Kamil wstał, wepchnął telefon do kieszeni. — Pracuję, rozumiesz? Zarabiam pieniądze! A nie jak niektórzy, co tylko potrafią gderać!
Hania drgnęła od tej szorstkości, ale milczała. Przywykła. Kamil zawsze był ostry, zwłaszcza gdy chodziło o rodzinne powinności.
— No dobrze — szepnęła. — To ja pojadę. Tylko taki kłopot — auto w serwisie, a PKSem to dwie godziny w jedną stronę…
— No i co? — Kamil narzucał kurtkę. — Pojedziesz PKSem, co w tym złego? Albo weź taksę!
— Taksówką drogo, synu. Emeryturka mała, wiesz.
— Wiem, wiem! — Kamil był już w drzwiach. — Słuchaj, mamo, pogadamy później, co? Naprawdę gnam!
Drzwi trzasnęły. Hania została sama w kuchni, gdzie unosił się jeszcze zapach żurku, który ugotowała dla syna. Kamil nawet nie tknął jedzenia.
Podeszła do okna, patrzyła, jak syn wsiada do swojego nowego auta. Śliczne, drogie auto. Kamil się nim chwalił, opowiadał znajomym o jego zaletach. A matki do babci zawieźć nie może — czasu brak.
Hania wyjęła z torebki wytarty portmonetkę, przeliczyła pieniądze. Na taksę do babci rzeczywiście za dużo. Trzeba będzie PKSem.
Wzięła torbę z gościnnymi rzeczami dla teściowej, otuliła głowę chustką i wyszła. Do przystanku dobrych piętnaście minut na piechotę. Szła powoli, co chwila przystając, by złapać oddech. Serce ostatnio coraz częściej dokuczało, ale do lekarzy nie szła. Nie miała kiedy, i szkoda kasy.
Na przystanku czekała pół godziny. Autobus przyjechał zapchany, Hania ledwo się wcisnęła. Jechać było długo, z przesiadkami. Młodzież siedziała w słuchawkach, wlepiona w telefony. Nikt nie ustąpił miejsca starszej pani.
W końcu dotarła do wioski, gdzie mieszkała babcia Kamila. Stary domek stał na uboczu, otoczony zarośniętym sadem. Hania otworzyła furtkę, przeszła ścieżką do ganku.
— Babciu! — zawołała, pukając. — To ja, Hania!
Drzwi otworzyły się nie od razu. Zofia, matka nieżyjącego męża Hani, stała na progu, opierając się o laskę. Staruszka wyraźnie schudła od ostatniego razu.
— Haniusiu! — ucieszyła się. — Jak to dobrze, że przyjechałaś! Wejdź, kochanie!
— Co u ciebie, babciu? — Hania przytuliła teściową, ucałowała w policzek. — Coś ty całkiem zmalała.
— A, jakoś tak… — Zofia zaprowadziła ją do pokoju. — Ot, apetytu brak. I spać źle mi się zaczęło. Wciąż jakieś bóle…
— A do lekarza chodziłaś?
— Chodziłam, chodziłam. Mówią, wiek. Nic nie poradzisz, osiemdziesiąt trzy roczki to jednak coś. — Staruszka posadziła gościę przy stole. — Herbatkę zrobisz?
— Oczywiście. — Hania wyjęła z torby paczki z jedzeniem. — Masz, żurek przyniosłam, i kotleciki, i pierożki z kapustą.
— Oj, dziękuję ci, skarbie! — Zofia rozpromieniła się. — A gdzież Kamil? Jakoś dawno go nie widziałam.
Hania milczała chwilę, nalewając herbaty.
— Dużo pracuje, babciu. Sprawy ma.
— Aha — kiwnę
Trzymając w dłoniach krwawiące serce, Anna wpatrywała się w pustą drogę, na której wciąż czekała na dźwięk jego samochodu.
W końcu położyła nieużyty talerz z pierogami i zimną już herbatą, wzdychając nad niedotkniętą poduszką gościnną, którą przygotowała na kanapie.
Czas, nieubłagany jak wiślany nurt, płynął przed siebie, skrapiając jej policzki cichymi łzami w rytm tykającego zegara, aż wieczór spowinął okno zmierzchem, a poduszka pozostała gładka i nienaruszona.
Nawet nie podziękowałeś



