Przełom, który dał mi życie
— Weronika, ty co wyprawiasz?! — głos Wojtka grzmiał po całym mieszkaniu. — Gdzie to ty się wybierasz w takim stanie?!
— Na spektakl, jeśli pozwolisz! — Weronika poprawiła przed lustrem nową bluzkę, kupioną na wyprzedaży. — Z Jadwigą umówione byłyśmy, od dawna chciałyśmy to zobaczyć.
— Jaki znów teatr?! Dom nieogarnięty! Naczynia niepozmywane, moje koszule niewyprasowane! A ona do teatru się wybiera! — Wojtek chwycił Weronikę za przegub, obrócił ku sobie. — Natychmiast przebierz się i zajmij gospodarstwem!
Weronika szarpnęła dłonią, uwolniła się, ale na nadgarstku pozostał siny ślad jego palców.
— Wojtek, przecież wczoraj o tym mówiliśmy! Cały dzień w domu przesiedziałam, wszystko ogarnęłam. Jeden wieczór dla siebie pragnę, co w tym złego?
— Dla siebie?! — prychnął z pogardą. — A kto cię żywi, odziewa? Kto dach nad głową daje? Ja przecież po robocie przyszedłem, chcę zjeść porządnie, a nie twoje kanapki przeżuwać!
Weronika w milczeniu przeszła do kuchni, zaczęła wyjmować z lodówki produkty. Dłonie drżały, wnętrze ściśnięte jak w imadle. Jeszcze rano tak się cieszyła na wieczór, nawet fryzurę ułożyła, buty wypolerowała. A teraz…
— No widzisz! — warknął zadowolony Wojtek, podgłaśniając telewizor. — I żeby prędzej! Głodny jestem jak wilk!
Gdy patelnia się nagrzewała, Weronika ukradkiem spoglądała w okno. Na podwórku kobieta jej wieku wyprowadzała psa, śmiała się, rozmawiając przez telefon. Jakże szczęśliwa się wydawała, ta obca! Wolna, lekka…
— Weronika! Ty tam śpisz?! — ryknął z pokoju mąż.
— Już gotuję, gotuję! — odkrzyknęła, śpiesznie przewracając kotlety.
Wojtek pojawił się w progu kuchni, oparł o futrynę.
— Słuchaj, a jutro wieczorem Łukasz do mnie wpadnie, interesy omówimy. Więc żadnych twoich koleżanek, siedzisz cicho, herbatę podasz, jak zażądamy.
— Ale jutro sobota, — odezwała się nieśmiało Weronika. — Z dziewczynami do kawiarni chciałyśmy…
— Jakie znów dziewczyny? Czterdzieści trzy lata masz, Weronika, opamiętaj się! Czas już rozum do głowy wziąć. Dom, rodzina — oto twoje miejsce. Nie te głupoty z koleżankami i kawą.
Weronika postawiła przed nim talerz, usiadła naprzeciw. Jeść nie chciało się wcale, w gardle stał knebel.
— Wojtek, czemu tak ze mną? Dawniej przecież nie byłeś taki… Razem do teatru chodziliśmy, do kina, kwiaty mi wręczałeś…
— Dawniej! — machnął ręką. — Dawniej młodsza byłaś, ładniejsza. A teraz co z ciebie zostało? Zaokrągliłaś się, postarzałaś, ubierasz się jak babcia. Wstyd mi z tobą między ludzi wyjść!
Słowa bolały bardziej niż cios. Weronika wstała, zaczęła sprzątać ze stołu. Łzy napierały na gardło, ale się powstrzymywała. Nie chciała dać mu kolejnego powodu do upokorzeń.
— Nie becz! — skrzywił się Wojtek. — Nie cierpię tych babskich kwileń. Lepiej pomyśl, jak się doprowadzić do ładu. Może na siłownię się zapiszesz, na dietę siądziesz. Bo całkiem zaniedbana jesteś.
Gdy odszedł oglądać telewizję, Weronika wyjęła telefon, napisała do Jadwigi: «Nie wyjdzie dziś, wybacz. Przekładamy».
Odpowiedź nadeszła natychmiast: «Wera, co znowu się stało? To już trzeci raz w tym miesiącu! Tak nie można!»
«Wszystko w porządku, po prostu sprawy niecierpiące zwłoki», — nabrała Weronika i natychmiast usunęła wiadomość. Napisała krócej: «Wszystko gra».
Lecz Jadwiga nie ustępowała: «Przyjeżdżaj do mnie natychmiast. Mówię poważnie».
«Nie mogę, Wojtek w domu».
«Weronika, przyjaciółkami jesteśmy od dwudziestu lat. Widzę, co się z tobą dzieje. Dość tego znosić!»
Weronika schowała telefon do szuflady biurka, pod stertę papierów. Jadźka nie rozumie, rozwiedziona jest, sama żyje, jej łatwo rady dawać. A co z domem, z kredytem, który z Wojtkiem spłacają? Gdzie pójdzie, co pocznie?
Następnego dnia, gdy mąż poszedł do pracy, Weronika postanowiła odwiedzić ciotkę Zofię. Siedemdziesięcioletnia kobieta przywitała ją z otwartymi ramion
A teraz, krocząc promenadą z różami w lubelskim Ogrodzie Saskim, czuła jak wiatr wolności targa jej nową fryzurę, a uśmiech płynął z samego wnętrza, szczery jak jabłoń kwitnąca w przydomowym ogródku, co sama zasadziła – nigdy już nie pozwoli, by ktokolwiek przyciąłasieńkowi jej korzeni.



