— Alicjo Nowak, błagam panią! Nie zwalniaj mnie! Mam dwoje dzieci, kredyt na mieszkanie! — Alina stała przed dyrektor szkoły, ściskając pogniecione dokumenty. — Poprawię się, przysięgam!
— Alino Zakrzewska, sfałszowałaś dyplom ukończenia studiów. To poważne wykroczenie, które…
— Zamierzałam dokończyć naukę! Słowo honoru! Został mi tylko rok do obrony w pedagogicznym! — przerwała nauczycielka klas początkowych, a łzy spływały jej po policzkach. — Alicjo Nowak, daj mi szansę!
Dyrektor szkoły podstawowej nr siedem spojrzała na młodą kobietę ze współczuciem. Alina pracowała u niej już trzeci rok, dzieci ją uwielbiały, rodzice chwalili. Ale prawo jest prawem.
— Dobrze. Masz miesiąc na przedstawienie oryginalnego dyplomu. W przeciwnym razie…
— Dziękuję! Dziękuję pani ogromnie! — Alina rzuciła się ku drzwiom, ale na progu się odwróciła. — A skąd pani wiedziała?
— Z kuratorium przyszła kontrola dokumentów całego personalu. Przypadkiem wykryto niezgodność.
Alina wypadła z gabinetu i o mało nie wpadła na Bogdana Kowalskiego, nauczyciela wuefu. Wysoki, siwowłosy mężczyzna około sześćdziesiątki przytrzymał ją za łokieć.
— Co się stało, Alino Zakrzewska? Jesteś blada jak kreda.
— Bogdanie Kowalski, wszystko przepadło! — zaszlochała. — Wyrzucają mnie!
— Ale za co?
Alina się zawahała. Wstyd było wyznać prawdę. Bogdan Kowalski był człowiekiem zasad, z nieskazitelną opinią, pracował w szkole już ćwierć wieku.
— Dokumenty okazały się nie w porządku — wymamrotała niejasno.
— A co dokładnie? Może mogę pomóc?
Podniosła na niego zapłakane oczy. Bogdan Kowalski zawsze odnosił się do niej ojcowsko, czasem częstował cukierkami, pytał o dzieci. Po rozwodzie Alinie tak brakowało męskiego wsparcia.
— Dyplom… Mam problem z dyplomem.
— Zgubił się?
— Tak — skłamała Alina, chwytając się tej deski ratunku. — Zgubił się podczas przeprowadzki. A duplikat robi się długo, straszna biurokracja.
Bogdan Kowalski zamyślony podrapał się po brodzie.
— A gdzie pani studiowała? W którym roku kończyła?
— W Uniwersytecie Pedagogicznym w Łodzi — odparła Alina bez mrugnięcia. W rzeczywistości ukończyła tam tylko trzy lata, potem wyszła za mąż, urodziła dzieci i nie wróciła do nauki.
— Wie pani co, mam znajomego w archiwum tej uczelni. Może pomoże przyspieszyć duplikat. Jak panią wpisali? Po mężu, czy panieńskim nazwisku?
Alina poczuła, jak grzęźnie w bagnie kłamstwa coraz głębiej.
— Panieńskim. Alina Zakrzewska.
— Dobrze, pogadam z Jerzym Wojciechowskim. On tam zarządza archiwum. Znamy się jeszcze ze studiów.
— Bogdanie Kowalski, pan… pan jest taki dobry dla mnie — wyszeptała Alina. — Nie wiem, jak panu dziękować.
— Ależ, proszę pani! Jesteśmy przecież kolegami po fachu. Trzeba sobie pomagać.
Wieczorem w domu Alina miotała się po kuchni jak osaczony zwierz. Siedmioletni Kacper odrabiał lekcje przy stole, pięcioletnia Zosia bawiła się lalkami w kącie.
— Mamo, dlaczego płaczesz? — spytał chłopiec, odrywając się od zeszytu.
— Nic, synku. Po prostu zmęczona po pracy.
— A tata przyjdzie?
— Nie, Kacperku. Tata mieszka teraz osobno, pamiętasz?
Alina spojrzała na dzieci i poczuła, jak ściska się jej serce. To dla nich posunęła się do fałszerstwa. Potrzebowała pracy, jakiejkolwiek, byle płacili godnie. A w szkole były jeszcze dodatkowe świadczenia.
Następnego dnia Bogdan Kowalski podszedł do niej na przerwie.
— Alino Zakrzewska, skontaktowałem się z Jerzym Wojciechowskim. Sprawdził archiwa.
Dobiegło jej serce.
— I co?
— Dziwna sprawa. Pańskiej nazwy wśród absolwentów nie ma. Może pomyliła się pani rokiem? Albo wydział?
Alinie wydało się, że ziemia usuwa się spod nóg. Trzeba było szybko coś wymyślić.
— Wie pan, Bogdanie Kowalski, chyba się pomyliłam. Po rozwodzie miałam taki stres, pamięć szwankuje. Może to była inna uczelnia? Przypomnę sobie i panu powiem.
— Oczywiście, niech się pani nie martwi. Głowa po przejściach kiepsko działa, to normalne.
Spojrzał na nią z
Podczas gdy tancerze wirowali, Maciek, pozostawiając piłkę w kącie sali, wbiegł między nich, chwytając Borysa za dłoń i krzycząc: “Tato, teraz my!”



