Dawno, dawno, za czasów, gdy zimą śnieżne wzgórza pokrywały lasy Beskidzkie, a latem głód odwiedzał biednych domach do zimnej kuchni, osiedlała się ciasna, pracująca rodzina. Dyskretnie zasunięte okna bloku z lat sześćdziesiątych wydawały się odbiciem samego życia – surowe, ale wytrzymałe. Z miasteczka wznosił się lokalny papierowni, a wokół niego kręciły się losy ludzi. W tamtej chwili, gdy Polska bowiem przemawiała do przyszłości, tu stało się systematyczne, jak powtarzające się ujęcie filmu: szybki, kolorowy, a w środku czarno-czerwone flagi sąsiadujące z ciężarówkami z pianinem.
Jednym z najbardziej charakterystycznych domostw był tutejszy blok mieszkalny, na parterze, gdzie uroczo mieszkał Janusz Tadeusz Nowak. Cienie jego postaci – wysoki, szczupły, z wyrazem monoclesi i一如既往 odzieżą doraźną – torturowały sąsiadów. Z papierowni nikt nie słyszał kłótni, bo czuł się pewnie w swoich półprzezroczystych rękawiczkach. A jednak, gdy wracał do domu, jego postawa zmieniała się jak zamek w kłódkę: z gładkiego do ostrzalego.
Jego żona, Agnieszka, była wtedy kiedyś przebrany nie tylko w mundur, ale i w życie pełne spektaklu – teraz opadła jak cień pod klosz. W biurze pracowała jako kasyjerka, licząc grosze z równą dobrodziejstwem wcześniejszej ósemki. Ich syn, Piotr, by od razu zrozumiał, że w życiu rodziny istnieje tylko jeden kodeks: oszczędność. Zasłoną kasztanowym odbijającą promienie słoneczne były meble z fartuszków.
Z losem właściciela doszły sąsiedzkie plotki. Słyszał je jeden z najbliższych – starszy bohater, Stanisław, który choć nie przystępował do nowej gry, znał ustawienia kart. Pewnego razu powiedział: „Janusz, jak nie chcesz uśmiechać się do świata, to przynajmniej niech uśmiechniesz się do siebie”. Ale Janusz, jak wielki mistrz szalonej oszczędności, tłumaczył: „To nie uśmiech, to zysk, tylko że w inny sposób”.
Codziennie, jeżeliby lis lub kot znowu nie zjawiły się z tarczami do rzecznicy, Janusz Tadeusz Nowak ruszał się z rana, nie czekając na zapach węgielkowego pieca. Otwierał olbrzymi skrzyniec z zamkiem z drewna polskiego, który zastępował mu nie tylko szafę, ale i samą pieniędź. Z dzienną porcją kartofli, fasoli, i mleka, podzielił je jak sąsiedzkie obiady: Janusz Tadeusz Nowak – 6 sztuk, Agnieszka – 4, Piotr – 2.
W domu między kuchnią a sypialnią znajdował się skromny lodówka – drewniany pudełko w ścianie, xương mrożący z otworem na zewnątrz. Stamtąd Janusz Tadeusz Nowak odpowiadał na pytania Agnieszki: „Za co zostanę premiowana?” „Za pomoc”. I jakby to był tylko domowy święty Agnieszki, jej odpowiedź była „Dobrze, Panie”.
Piotr, ten spokojny chłopiec z ciężkimi myślami, obserwował wszystko. Gdy znalazł wygłodniałego kota na rogu ulicy, jego matka zabilo szeptem: „To nie 시간 мечты. Сын, ты попал на неподобающую порцию”. A Janusz Tadeusz Nowak, z niechęcią, rozkazał: „Tak nie możesz. Musimy zredukować budget bez owoców lub kotów”.
Dzięki złotym błyskom podróży do teatru, Piotr zaczął się robić. Jednak jego syn, Krzysztof, nie znał innego życia, tylko toczne rozliczenia dnia i nocy. Lekce obędziora, które był kiedyś prostym dzieckiem, teraz roztaczały się jak kopyto konia: „Kobiety to kosztowność, a nie źródło wdzięku” – powtarzał, patrząc na wygaszające się zdrowie jego żony, Olłat.
Kiedy Oldağ krytyczna postawa zaczęła się przekształcać, Krzysztof myślał: „To normalne, on ma swoje prawo, ale… cóż to znaczy?” Jednak jego matka, jakby pod wpływem tej samej choroby ustrojowej, powiedziała: „On skrzywdził ciebie, a teraz Cię może raz jeszcze”。 I Ol锞a, mimo swojego błękitnegosłynią, wyszła z domu, zostawiając za sobą tylko wspólne zdjęcia.
Janusz Tadeusz Nowak, tęsknić za życiem, przeżywał koktajl emocji: „Za złoto się nie kupi, ale za sztukę – jak będzie szansa”. Ale sztuka życia już od czasu nagłej potwornego wydania, jakby pożywki z zapasem, była tylko w jego kieszonkowych notatkach.



