Andrzej cisnął papier na stół, aż kubki podskoczyły. “Jakie licho ci strzeliło do głowy, Agnieszko?! Ta cała ekspertyza?! Rozum ci się pomieszał?!”
“Nie drzyj się na mnie!” Agnieszka wstała z kanapy, iskry sypały się jej z oczu. “Chcę prawdy! Zosieńka z dnia na dzień mniej do ciebie podobna, ślepy by to widział!”
“Ona jest moją córką!” Andrzej wykrztusił z siebie. “Naszą! Jak jeszcze raz wspomnisz tę przeklętą ekspertyzę, to…!”
“Co mi zrobisz, co?” Stanęła w kontak, ręce w biodra. “Wyrzucisz? No to wyrzucaj! Ale wpierw się dowiemy, czyja to latorośl w naszym domu wyrasta!”
Andrzej opadł ciężko na krzesło, dłońmi przecierając twarz. Takiej awantury w ich życiu nie pamiętał. Nawet w najgorszej biedzie nie darli się na siebie jak na jarmarku.
“Agnieszka, co ci wlazło do głowy?” pytał zmęczony. “Skąd takie głupie myśli? Zosia przyszła na świat w szpitalu, sam ją z ramion położnej odbierałem! Pamięć ci wypadła?”
“Pamiętam,” warknęła przez zęby. “Ale przez to nie śpię spokojnie.”
Podeszła do kredensu, wyjęła album. Rozłożyła zdjęcia przed mężem.
“Patrz,” pukała palcem. “Tu Zocha, roczek. Jasne loki, niebieskie oczy. Tu trzy latka. Bez zmian. A tu teraz, piętnaście. Czarne proste włosy, brązowe oczy. Wytłumacz mi to, człowieku?”
“Dzieci rosną, zmieniają się,” próbował Andrzej. “Wiek burzliwy, hormony…”
“Hormony nie zmienią koloru oczu!” przerwała. “I z loków nie zrobią patyków! A wzrost? Piętnaście lat, a wyższa ode mnie o głowę! Skąd ten dryjakiel, gdy my oboje jak te kopciuszki na półce?”
Andrzej milczał, wpatrzony w fotki. Rzeczywiście, zmiana była jak pomiędzy dniem a nocą. Mała z jasną czuprynką stała się smukłą, ciemnowłosą panienką z jakąś południową urodą.
“Może po babci,” burknął niepewnie. “Albo prababci. Genetyka to loteria.”
“Po której babci?” Agnieszka aż podskoczyła. “Moi rodzice jak lnu pukiel, twoi też. Prababki i pradziadkowie – to samo! Skąd się wzięło to romskie piękno?”
Do pokoju weszła Zosia. Wysoka, smukła, z długimi kruczymi włosami i wielkimi, ciemnymi oczami. Piękna, ale żywy dowód, że bocian jednak miewa czasem podchmielone wybory.
“Po co ten krzyk?” spytała, patrząc to na ojca, to na matkę. “Sąsiedzi już walą w kaloryfer.”
“Nic, córeczko,” Andrzej pospieszył z wyjaśnieniem. “Mama troszkę spięta.”
“Czemu?” Zosia usiadła na kanapie, podciągając kolana. “Robota znowu?”
Agnieszka wpatrywała się w córkę. Spokojna, opanowana, żadnej po niej burzliwości. I obca jak flaki z olejem.
“Zosiu, powiedz szczerze,” spytała nagle. “Nigdy nie dziwiło cię, że nie wyglądamy jak rodzinka z reklamy?”
“Agnieszka!” oburzył się Andrzej.
“Co Agnieszka?!” Odwróciła się do niego. “Niech powie. Jej też może być w głowie kotłowanina.”
Zosia wzruszyła ramionami.
“Nie wiem. Nie myślałam. A co to za różnica? Wyście moi rodzice.”
“Oczywiście, córciu,” Andrzej objął dziewczynę. “Nie słuchaj mamy, tylko mała czarna chmura nad nią.”
Agnieszka patrzyła z goryczą na tę scenę. Mąż i córka rozumieli się bez słów. A ona czuła się jak przysłowiowy piąty kołowóz we własnej rodzinie.
“Idź odrobić lekcje,” powiedziała do Zosi. “Muszę z tatą pogadać.”
Zosia skinęła głową i wyszła. Andrzej odprowadził ją wzrokiem, potem zwrócił się do żony.
“Po co ją ruszasz?” spytał cicho. “Ona niewinna.”
“A kto winien?” Agnieszka usiadła naprzeciw. “Andrzeju, chcę prawdy. Jeśli Zosia nasza, ekspertyza to potwierdzi. A jeśli nie…”
“A jeśli nie, to co?” przerwał. “Wypchasz dziecko na bruk? Przestaniesz kochać?”
Agnieszka zamilkła. Sama nie wiedziała, co by zrobiła, gdyby jej podejrzenia się potwierdziły.
“Kocham ją,” przyznała. “Ale potrzebuję prawy.”
Andrzej wstał, podszedł do okna. Za szybą dzieciaki ganiały, mamy pchały wózki. Zwykły dzień, w którym nie ma miejsca na taki galimatias.
“Agnieszka, a jeśli prawda będzie inna, niż myślisz?” spytał nie odwracając się. “Co wtedy?”
“Nie wiem,” odparła szczerze. “Ale żyć w niewiedzy już nie daję rady.”
Wieczorem Andrzej wierci
A gdy Zosia z uporem maniaka układała klocki dokładnie tak, jak tata ustawiał narzędzia w garażu, Irena z Markiem tylko pukali się w czoła i szeptali: “Geny, cholera, chyba jednak nasze!”.



