Przybyli, gdy spaliśmy
Jadwiga Nowak obudziła się od dźwięku, którego nie potrafiła od razu zidentyfikować. Ciche skrzypienie desek na korytarzu, jakby ktoś ostrożnie przemierzał mieszkanie. Kobieta wstrzymała oddech, serce zabiło jej mocniej. Obok chrapał spokojnie mąż, Tadeusz nawet się nie poruszył.
— Tadek — szepnęła, delikatnie potrząsając go za ramię. — Tadek, słyszysz?
— Mhm? Co się stało? — mruknął, nie otwierając oczu.
— Ktoś chodzi po mieszkaniu.
Tadeusz niechętnie otworzył jedno oko, spojrzał na świecące cyfry budzika.
— Jadziu, wpół do trzeciej w nocy. Ci się przywidziało.
— Nie przywidziało! Słyszę wyraźnie kroki!
Mąż westchnął, ale jednak się wsłuchał. Faktycznie, gdzieś głębiej w mieszkaniu rozlegały się ledwo słyszalne odgłosy. Skrzypnięcie, szmer, ciche stukanie.
— Pewnie kot — uspokoił żonę. — Mruczek znów nocne harce urządza.
— Jaki kot, Tadeusz? Mruczek nie żyje od trzech lat, zapomniałeś?
Tadeusz ocknął się całkowicie. Dźwięki stawały się wyraźniejsze. Ktoś zdecydowanie poruszał się po ich mieszkaniu, zresztą dość pewnie, jakby znał dobrze rozkład mebli.
— Może to Kasia przyszła? — zasugerowała Jadwiga. — Ma przecież klucze.
— O tej porze? Śpi pewnie od dawna, jutro ma pracę.
Córka mieszkała osobno, na pobliskim Targówku, ale czasem wpadała do rodziców, zwłaszcza gdy pokłóciła się z mężem. Choć zwykle uprzedzała wcześniej.
Dźwięki zbliżały się do sypialni. Jadwiga mocno ścisnęła dłoń męża.
— Tadek, a jeśli to… złodzieje?
— Cicho — ostrożnie wstał z łóżka, namacał kapcie. — Pójdę sprawdzę.
— Nie idź! A jeśli mają nóż?
— Jadziu, jacy złodzieje? W naszym bloku portier jest całą dobę, domofon, zamki szyfrowe. A i kraść u nas nie ma co.
Cicho podszedł do drzwi, przyłożył ucho do drewnianej powierzchni. Za drzwiami rozległ się cichy kobiecy głos, nucony na jakąś melodię. Znajomą melodię.
— Jadziu — zawołał żonę szeptem. — Chodź tu.
Podbiegła boso, także się przysłuchując.
— To… kołysanka mamy — szepnęła Jadwiga, a głos jej zadrżał. — Ta sama, którą mi śpiewała w dzieciństwie.
Tadeusz zmarszczył brwi. Teściowa nie żyła od dziesięciu lat, ale doskonale pamiętał tę bezsłowną piosenkę, którą nucI nagle w kuchni rozległo się delikatne westchnienie, a zapach świeżo zaparzonej mięty zmieszał się z ciepłym powiewem, który musnął ich policzki jak pieszczota.



