“Nie dotykaj mojej lalki!” — zapiszczała Basia, wyrywając ze starszej ręki porcelanową piękność o złotych loczkach. — Mamo! Kasia znowu bierze moje zabawki!
— Daj spokój, sknero! — prychnęła ośmioletnia Kasia, choć lalkę wypuściła. — Co za wielka księżniczka!
— Dziewczynki, zaraz rano takie krzyki! — Halina Wojciechowska wyszła z kuchni, ocierając dłonie o fartuszek. — Kasia, zostaw siostrę w spokoju. Masz swoich zabawek bez liku.
— Moje są stare, a jej nowe! — uniosła się Kasia. — To niesprawiedliwe!
— Bo ja jestem młodsza — odparła z zadowoleniem Basia, przytulając lalkę. — Mama sama mówiła.
Kasia zacięła zęby i zamilkła. Tak, mama rzeczywiście tak mawiała. I babcia też. I ciocia Wanda. Wszyscy wokół tylko powtarzali: “Basiuńce małej trzeba ustąpić”, “Basiuńce chorowitej trzeba oszczędzać”, “Basiuńca taka śliczna dziewczynka”.
A Kasia? Kasia duża, Kasia silna, Kasia wszystko ma rozumieć. Zawsze ma rozumieć i ustępować.
— Chodźcie na śniadanie — powiedziała zmęczona matka. — I siostrę zawołaj.
W szkole Kasia starała się zapomnieć o domowych kłopotach, lecz nawet tam gonił ją cień młodszej siostry. Pani profesor Maria Nowak nierzadko pytała o Basię, czy nie choruje, czy już wkrótce pójdzie do pierwszej klasy.
— A ty, Kasiuńciu, pomagasz siostrzyczce szykować się do szkoły? — zapytała pewnego dnia po lekcji.
— Pomagam — skłamała Kasia.
Serdecznie nienawidziła tych lekcji. Basia grymasiła, nie chciała uczyć się literek, narzekała na zmęczenie. Mama za każdym razem mówiła: “Czego się ją czepiasz? Nie widzisz, że dziecko zmęczone”.
— Basiu, literka ‘A’ nie tak się pisze! — denerwowała się Kasia, ścierając krzywo narysowanego zawijasa. — Patrz, jak trzeba!
— Nie chcę! — fukała siostra. — Ręka mnie boli!
— Nic cię nie boli chyba! Po prostu leniwa jesteś!
— Mamo! Kasia mnie przezywa! — ryczała Basia.
I mama, rzecz jasna, beształa Kasię. Zawsze beształa Kasię.
Gdy Basia poszła do szkoły, Kasia miała nadzieję, że siostra wreszcie zrozumie, co znaczy uczyć się, starać, łapać dwóje i tróje. Lecz nic z tego. Basia uczyła się lekko, same piątki, nauczyciele ją uwielbiali.
— Jakaż to zdolna twoja siostra! — rozmarzyła się wychowawczyni Kasi. — Prawdziwa prymuska. A ty powinnaś wziąć z niej przykład, jak się uczyć.
Kasia milczała, zaciskając pięści. Co tu powiedzieć? Że Basia nie zdolna, tylko farta ma? Że wszystko dostaje jak z nieba, bez wysiłku? Podczas gdy ona harowała do nocy, by wynieść ledwie czwórkę.
W domu także nie było spokoju. Basia rosła na prawdziwą piękność — jasnowłosa, błękitnooka, o cerze porcelany. Sąsiadki pochrząkiwały z zachwytu: “Oj, jaka laleczka! Istny aniołek!”
A Kasia? Kasia była zwyczajna. Nie piękność, nie brzydula — najzwyczajniejsza dziewczyna z kasztanowymi włosami i szarymi oczami. Jak tysiące innych.
— Nasza Basiuńca będzie artystką — marzyła mama, czesząc córce włosy. — Albo modelką. Z taką urodą to grzech nie skorzystać.
Kasia udawała, że nie słyszy, lecz każde słowo raniło jak kosa. Czyli ona — to nie grzech nie skorzystać ze swej urody? Czyli z niej nic porządnego nie wyrośnie?
— A ja będę lekarką — rzuciła pewnego dnia.
— Lekarką? — zdziwiła się mama. — Hm, jeśli się uda. Trzeba się dobrze uczyć.
“Jeśli się uda”. Nie “na pewno zostaniesz” ani “dasz radę”, tylko “jeśli się uda”. Jakby mama wcale w nią nie wierzyła.
Tymczasem Basia rosła i piękniała. W liceum już chłopcy za nią latali. Kokietowała, rzucała oczkami, zbierała prezenty i kwiaty. Kasia przyglądała się temu z goryczą i zazdrością.
— Patrz, jakie kolczyki dał mi Jacek! — szczebiotała Basia, kręcąc się przed lustrem. — Mówi, że pasują do oczu!
— Ładne — wysyczała Kasia.
A przecież też marzyła, by ktoś obdarował ją prezentem, rzucił komplement. Lecz któż zauważy szarą myszkę, gdy obok jaśnieje taka piękność?
— Kasieczku, czegoś taka kwaśna? — spytała Basia, dostrzegłszy nastrój siostry. — Tobie też kolczyków kupić?
— Nie trzeba — odcięła Kasia.
Nie chciała jałmużny. Nie chciała litości. Chciała, by ktoś ją samą dostrzegł, docenił, pokochał. Lecz gdzie takiego sz
Bez słów, jak w dziwnym śnie rozsypanymfragmentami, Weronika ujęła dłoń Celiny napełnioną wspólnym żalem mijających lat, a siedzący na dywanie porcelanowy kot dawno wybaczonychkłótni nagle złapał bajkowy pyłek światła w swój szklany uśmiech.



