Osoba, którą nazywałam mamą

Wanda stała przy kuchennym oknie, przeżuwając czerstwy chleb z masłem i wpatrując się w sąsiednie podwórko. Ranek był szary, dżdżysty, jak jej nastrój od tygodni. Za szybą mignęła znajoma sylwetka – Cecylia Nowak wlokła się w stronę klatki, obładowana siatami.

– Mamo, twoja sąsiadka znowu dźwiga te zakupy sama – zawołała Wanda do pokoju, gdzie przy stole Jadwiga Wiśniewska przekładała strony starego miesięcznika. – Może pomóc?

– Jaka mi sąsiadka? – burknęła kobieta, nie podnosząc wzroku. – Obca kobieta. Ma syna, niech on pomaga.

Wanda skrzywiła się, ale zamilkła. Jadwiga ostatnio stała się kolczasta jak jeż, którego lepiej nie drażnić. A przecież kiedyś pierwsza rzucała się na pomoc, gdy komuś w bloku było ciężko.

– Syn pracuje w Niemczech, dobrze wiesz – cicho powiedziała Wanda, narzucając kurtkę. – Skoczę do sklepu, przy okazji pomogę jej wnieść siaty.

– Idź, idź, święta nasza – zamruczała Jadwiga. – Wszystkich pożałujesz, a o mnie zapomnisz.

Wanda zatrzymała się w progu, spojrzała na kobietę, którą od ponad czterdziestu lat nazywała mamą. Drobna, z siwymi włosami spiętymi w kok, Jadwiga wydawała się szczególnie mała w tym fotelu. Zmarszczki na jej twarzy pogłębiły się, a dłonie drżały, gdy przewracała kartki.

– Przynieść ci coś? – spytała Wanda łagodnie.

– Nic mi nie trzeba. Idź już, skoro chcesz.

Na klatce schodowej Wanda natknęła się na Cecylię Nowak, stojącą zdyszaną, by zaczerpnąć powietrza.

– Pani Cecylio, pozwoli pomóc? – zaproponowała Wanda, odbierając jej jedną z siatek.

– Ojej, dzięki, dziecko! – odetchnęła z ulgą sąsiadka. – Coś ostatnio sił nie te. Pewnie starość.

Szły powoli, zatrzymując się na każdym półpiętrze.

– A jak wasza Jadwiga? – ostrożnie spytała pani Cecylia. – Dawno jej nie widziałam.

– Różnie bywa – wymijająco odparła Wanda. – Czasem lepiej, czasem gorzej.

– Rozumiem, rozumiem. Moja siostra też… – pani Cecylia urwała, ale Wanda wiedziała, o co chodzi.

Pomogła zanieść siaty do mieszkania i wróciła. Jadwiga siedziała w tym samym fotelu, ale już bez miesięcznika. Tylko wpatrywała się w jeden punkt, jakby czegoś wypatrywała.

– Mamo, może herbatę zrobimy? – zaproponowała Wanda, ściągając kurtkę.

– Mamo… – powtórzyła Jadwiga, a w jej głosie zabrzmiała dziwna nuta. – Mną nazywasz mamą.

Wanda zastygła. Coś w tonie zaalarmowało ją.

– No tak, mamo. A jak inaczej?

– A przecież ja ci nie matka – cicho powiedziała Jadwiga, odwracając się do niej twarzą. – Ja ci nikt.

Wanda poczuła, jak wszystko w środku się ściska. Nadeszło. To, czego bała się od miesięcy. To, przed czym chowała oczy, widząc zagubienie w spojrzeniu Jadwigi.

– Co ty mówisz, mamo? – Wanda przysiadła obok, wzięła ją za rękę. – Oczywiście, że jesteś moją mamą. Najprawdziwszą.

– Nie – uparcie pokręciła głową Jadwiga. – Pamiętam. Pamiętam teraz. Ty nie moja córka. Ty… obca.

W gardle Wandy stanął kłąb. Wiedziała, że ten dzień przyjdzie. Lekarze ostrzegali, że choroba będzie postępować, że pamięć będzie coraz gorsza. Ale nie była gotowa, że Jadwiga akurat to sobie przypomni.

– Mamo, posłuchaj mnie – zaczęła Wanda, starając się, by głos brzmiał równo. – Tak, masz rację. Nie urodziłaś mnie ty. Ale wychowałaś. Kochałaś. Jesteś dla mnie mamą.

– Wychowałam… – Jadwiga zmarszczyła brwi, jakby próbując coś sobie przypomnieć. – Tak, wychowałam. Przywieźli cię… taką malutką. Ciągle płakałaś, jeść nie chciałaś.

– Tak, mamo. Miałam trzy lata.

– Trzy… – powtórzyła Jadwiga. – A gdzie twoja prawdziwa mama? Gdzie ona?

Wanda zamknęła oczy. Tego unikała całe życie. Jadwiga nigdy nie mówiła szczegółów, a Wanda nie pytała. Wystarczało jej, że miała mamę, która ją kochała.

– Nie wiem, mamo. Nigdy mi nie opowiadałaś.

– Nie opowiadałam… – Jadwiga zamyśliła się. – A może i dobrze. Co dobrego w tej historii.

Wanda czekała, bojąc się drgnąć. Jadwiga milczała długo, po czym nagle zaczęła:

– Była moją koleżanką. Twoja matka. Grażyna. Razem w technikum, potem w fabryce. Ładna była, wesoła. Chłopaki za nią łazili jak muchy za miodem
A potem pochłonęły je codzienne, drobne radości – jak wspólne liczenie wróbli za oknem czy zawzięte dyskusje o tym, czy cukier trzepać, czy nie trzepać do malinowej herbaty, bo przecież najważniejsze były te zwykłe chwile, kiedy po prostu czuły się jak mama i córka.

Rate article
Fajna Tajna
Osoba, którą nazywałam mamą