OCHRONIONI MIŁOŚCIĄ
Spotkanie Karoliny i Bartosza było zapisane w gwiazdach.
Bartosz nigdy nie widział swojego ojca. Wychowywała go mama i babcia. Gdy jako mały chłopiec pytał o tatę, matka mruczała coś pod nosem: “Twój ojciec jest geologiem, ciągle w terenie, szuka cennych minerałów.” A raz, w gniewie, krzyknęła: “Nigdy nie miałeś ojca, Bartku!”
Jako dziecko przyjmował te wyjaśnienia bez zastrzeżeń. Dopiero gdy podrósł, postanowił dociec prawdy. W końcu nie zstąpił z nieba! Okazało się, że jego mama w młodości wyjechała w delegację i wróciła w ciąży. To babcia wyjawiła mu sekret, szeptem.
Bartosz był niepomiernie szczęśliwy, że zagadka została rozwiązana. Dzięki Bogu, nie znaleźli go w kapuście. Postanowił, że przy pierwszej okazji spotka się z ojcem, czy ten tego chce, czy nie. “W końcu jestem jego synem, a nie obcy człowiek!” Przy okazji złożył sobie obietnicę: “Będę miał prawdziwą rodzinę. Żonę i dzieci. Tylko jedną żonę i całą gromadkę dzieci.”
Karolina także nie znała ojcowskiej miłości. Jej mama rozstała się z nim, gdy dziewczynka miała niecałe dwa lata. Jego miejsce zajął ojczym. Dobry człowiek, ale jednak… Swoje dzieci z pierwszego małżeństwa stawiał Karolinie za wzór. To ją irytowało. Więc mogła liczyć tylko na miłość matki.
Gdy dorosła, postanowiła: “Jeśli wyjdę za mąż, to tylko raz i na zawsze. Tylko gdzie znaleźć takiego faceta?”
I znalazła.
Był wigilijny wieczór. Styczeń, mróz ściskał ziemię. Księgarnia. Bartosz i Karolina stali w kolejce do kasy, oboje z tomikiem Adama Mickiewicza w rękach. Ich spojrzenia przypadkiem się spotkały. I Bartosz ruszył do ataku. Zasypał Karolinę komplementami, pytaniami (taktownymi, oczywiście). Nie mógł tak po prostu pozwolić jej odejść. Musiała zostać jego żoną! To była ta jedyna.
Karolina nawet nie kokietowała. Czegoś takiego jeszcze nie przeżyła. Czuła się z tym rozgadanym chłopakiem, jakby znała go od stu lat.
Ale wychowana w porządnym domu, wiedziała, że nie wypada nawiązywać znajomości byle gdzie i z byle kim. Bartosz docenił jej skromność i zaproponował wymianę numerów telefonów. Karolina zapisała jego numer, ale swojego nie podała. “Zadzwonię po świętach” — rzuciła enigmatycznie.
Bartosz nie mógł przegapić takiego daru niebios. Pożegnali się, ale on potajemnie podążył za nią i odkrył, gdzie mieszka.
Przez całe święta chodził jak w oblokach. W końcu znalazł swoją “dzierlatkę” i zamierzał kochać ją do końca życia.
Lecz minęły święta, a “dzierlatka” nie dzwoniła. Bartosz zaczął działać.
Swój egzemplarz Mickiewicza włożył do jej skrzynki na listy. Czyżby nie domyśliła się, od kogo? Dziewczyna zadzwoniła jeszcze tego samego wieczora, pełna pretensji:
“Cześć, Bartek! Dlaczego nie dzwoniłeś? Czekałam!”
“Karolinko, nie miałem twojego numeru. Zadzwoniłbym od razu. Chyba pamiętasz, że w księgarni bałaś się go podać?” Bartosz promieniał szczęściem.
“Ale jednak mnie znalazłeś!” — nie dawała za wygraną Karolina.
“Typowo kobieca logika” — pomyślał Bartosz. Był przeszczęśliwy, że w końcu wszystko się wyjaśniło. Karolina wcale nie była mu obojętna!
Nie zwlekając, wzięli ślub i pobrali się w kościele. Jak mogło być inaczej? Mieli tyle wspólnego. Po pierwsze — czystą, nieziemską miłość. Po drugie — pragnienie posiadania tylu dzieci, ile Bóg da. Po trzecie — zamiłowanie do twórczości Mickiewicza. Czy to mało?
Na tak solidnych fundamentach postanowili budować swoje małżeństwo.
Karolina wykładała polonistykę na uniwersytecie, Bartosz był świetnym programistą.
Po czasie urodziła się Zosia. Dwa lata później przyszedł na świat Staś. Wszystko szło jak po maśle.
Bartosz nie porzucił myśli o odnalezieniu ojca. Pomógł internet. Wśród dziesiątek ludzi o tym samym nazwisku w końcu znalazł krewnego. Wymienili listy. Ojciec mieszkał w Warszawie. Zaprosił Bartosza w odwiedziny.
Spotkanie było wzruszające. Ojciec miał swoją rodzinę, ale przez wszystkie te lata pamiętał o synu.
“Świetnie, synu, że mnie odnalazłeś. Teraz będziemy w kontakcie” — mężczyzna objął Bartosza.
Ten z dumą wymienił wszystkich członków swojej rodziny. “Patrz, tato, jesteś już dwukrotnym dziadkiem. I to nie koniec…”
Ojciec Bartosza był profesorem medycyny.
Do domu wrócił unoszony nad ziemią. Ojciec bardzo mu się spodobał — serdeczny, szczery człowiek.
Oczywiście, obowiązki rodzinne nie pozwalały mu często widywać się z ojcem. W końcu kontakt się urwał.
Zosia i Staś podrośli. Karolina postanowiła obronić doktorat. W końcu jej babcia i mama były doktorami filozofii. Nie chciała zostać w tyle.
Temat wybrała nieprzypadkowy — o Mickiewiczu. Matka dwójki dzieci skrupulatnie zbierała materiały, przygotowywała się.
Bartosz wspierał żonę, pomagał w domu, jak mógł. Trzy lata minęły na przygotowaniach. W tym czasie Zosia i Staś doczekali się siostrzyczki — Hani.
Z obroną trzeba było poczekać.
Gdy Hania poszła do przedszkola, Karolina wróciła do pracy naukowej. Już prawie, prawie miała tytuł w zasięgu ręki…
Aż nagle zachorował Bartosz. Diagnoza — nieznana medycynie, ale coś śmiertelnie niebezpiecznego. Lekarze rozkładali ręce. Bartosz gasł w oczach. Leczenie nie przynosiło efektów. Karolinie delikatnie zasugerowano, że szanse na przeżycie są nikłe. A Bartosz miał zaledwie czterdzieści lat! Przed nieszczęściem nie uchronisz się.
To, co przeżyła Karolina, trudno opisać. Bartosz, świadomy swojego stanu, przepraszał ją, że tak wyszło, że nie pomoże jej wychować trójki dzieci…
Karolina po kryjomu płakała gorzkimi łzami. Wiedziała też, że w niej rośnie nowe życie. Nie powiedziała Bartoszowi, by nie pogarszać jego cierpienia.
W głębi duszy nie wierzyła, że jej szczęście może się tak nagle i głupio skończyć. Czym zasłużyli na gniew Boga?
“Bartek, ty na pewno wstaniesz! Nie zostawisz mnie samej z dziećmi! Chcę,”Nie trać nadziei, kochanie – odzyskam siły i razem wychowamy nasze dzieci, bo miłość jak nasza nie zna granic i zawsze znajdzie sposób, by przetrwać.”



