Robert i Wiesia siedem lat razem przeżyli. Od czasów licealnych byli nierozłączni. Dzieci nie mieli. Jakoś się nie zdarzyło. Ukochana babcia Roberta naciskała:
– Pobierzcie się porządnie, dzieciaczki! Wtedy łaska boża na was spłynie. Pan Bóg dziedziców da.
Dla Roberta jego babcia była niekwestionowanym autorytetem. Dlatego wkrótce oświadczył się swojej nieformalnej żonie.
Ślub był wystawny. Pierścionki zamienili. Pieczątkę w dowodach osobistych dostali. Tylko podczas przyjęcia była mała wtopa. Gdy świeżo upieczonym małżonkom podano szampana, musieli wypić go do dna (na szczęście bez łez). Potem, jak każe tradycja, rzucili kieliszki o ziemię, żeby je stłuc. Kieliszek Roberta roztrzaskał się na drobne kawałeczki, a Wiesi nawet nie pękł, tylko się potoczył.
Goście zaszemrali, zaczęli szeptać (ale tak, żeby wszyscy dosłyszeli):
– Ojej, zła wróżba! Nie będzie im się dobrze wiodło.
Robert i Wiesia tylko się śmiali. “Głupie przesądy!” Bal toczył się dalej.
Gdy weselne tańce ucichły, młodzi małżonkowie mieli żyć długo i szczęśliwie. Ale…
Wiesia, zdobywszy status prawomocnej małżonki, szybko się zmieniła i zaczęła dominować. Nic jej się nie podobało. Często się czepiała każdego drobiazgu. Aż pewnego dnia oznajmiła:
– Szkoda tych naszych ślubnych pieczątek, Robercie. Ty i ja jesteśmy jak dwa różne światy. Lepiej będzie, jeśli się rozejdziemy.
…Robert winą obarczał teściową. Była dla niego jakąś rybką ze skazanej na niełaskę bajki. Nigdy nie było jej dość. Uwagi, pieniędzy, miejsca w dwupokojowym mieszkaniu… A skoro zięć zamieszkał w jej “krwią i potem zdobytym” mieszkaniu, teściowa mogła go bez przerwy “przycinać” i pouczać, jak zarobić sześćdziesiąt pięć tysięcy złotych. Robert cierpliwie znosił zaczepki żony i teściowej przez rok. Aż usłyszał:
– Wynoś się.
Zapytał żonę:
– Wiesiu, to już ostateczna WASZA decyzja? Twoja i mamy?
– Tak! Moja mama nie ma z tym nic wspólnego! – warknęła Wiesia.
Robert powoli zbierał swoje rzeczy, z nadzieją spoglądając na żonę. “Może jeszcze zmieni zdanie, zmięknie.”
Ale Wiesia nawet brwią nie drgnęła.
– Żegnaj, żono! Przepraszam, jeśli coś nie tak się zdarzyło – westchnął Robert.
– Żegnaj! – Wiesia z hukiem zatrzasnęła drzwi za mężem.
Robert odszedł od rodzinnego ogniska. Smutek jednak nie trwał długo.
Młody człowiek szybko znalazł się w ramionach innej dziewczyny. Gość był niczego sobie. Wysoki, wysportowany, przystojny.
Dziewczyna dawno się w nim kochała. Pracowali razem. I gdy tylko Agnieszka (tak miała na imię nowa partnerka) zauważyła, że Robert ostatnio chodzi przybity i nie żartuje jak zwykle, zaproponowała spotkanie poza biurem. Robert się zgodził. Od nudy…
Agnieszka była niezależną i urodziwą dziewczyną. Jej reputacja była nieskazitelna.
Wieczorem młodzi ludzie przeszli się po parku, wypili kawkę w przytulnej kawiarence. Robert opowiedział Agnieszce całe swoje życie. Dziewczyna współczuła, westchała, pocieszała jak umiała. Nagle “wyrzuciła”:
– Roberciku, naprawdę nie zauważyłeś, jak się na ciebie patrzę, jak łowię każde twoje spojrzenie? Dawno cię kocham! Czyś ślepy?
Robert oczywiście domyślał się uczuć Agnieszki. W pracy spotykali się codziennie. Gdy tylko Robert się zbliżał, Agnieszka to rumieniła się, to bladła. Głos ją zawodził, głowa szła w zawroty. Robert zwracał na nią uwagę jak na piękny, pachnący kwiat, ale nie więcej. Agnieszka była żywicielką zupełnym przeciwieństwem Wiesi. Spokojna, czuła, ustępliwa. Wszystko to podobało się Robertowi. Ale wtedy był żonaty! Nie pozwalał sobie na żadne wolty. Teraz, gdy go wyrzucili, Robert pomyślał: “A czemu nie? Rybka sama wpływa do sieci… Po co sobie odmawiać smakołyka?”
…Następnego dnia Robert i Agnieszka przyjechali do pracy razem. Koledzy, zobaczywszy tę parkę, przekrzykiwali się wzrokiem. Jakby mówili: Agnieszce się udało. Wszyscy wiedzieli, że dziewczyna marzyła o Robercie. Ale nigdy nie przekroczyłaby przeszkody zwanej… żoną.
Robert zamieszkał u Agnieszki.
Agnieszka, jak złoty promyczek słońca, krążyła wokół ukochanego. Przewidywała wszystkie jego życzenia. Starała się dogodzić jak tylko mogła. Wydawało jej się, że większego szczęścia nie ma na ziemi! Robert przyjmował jej troskę z wielką przyjemnością. W duchu nazwał ją – Słoneczko. Tak była promienna, że tym blaskiem ogrzewała duszę.
…Dziewczyna przedstawiła Roberta rodzicom. Tata Agnieszki był wysokim urzędnikiem. Dostrzegł, że córka jest po uszy zakochana w Robercie. Wydał wyrok:
– Skoro tak – mieszkajcie razem. Ślubik później się znajdzie. Najpierw zobaczę, jaki z ciebie owoc, zięciu.
Tata oczywiście nie wiedział, że Robert jest żonaty. Agnieszka nie śmiała powiedzieć. Znała jego charakter…
Młodzi ludzie cieszyli się życiem! Nawet planowali przyszłość. Pole
Prawdziwie kochana kobieta może się jednak zmienić w przewodnią gwiazdę – Słoneczko Agnieszki świeciło nad Robertem już zawsze i bezwarunkowo.
Dwa Skrzydła



