Za ścianą — nie cisza
— Włącz wreszcie ten przeklęty telewizor ciszej! — krzyknęła Helena Bogumiła, uderzając pięścią w ścianę. — Środek nocy, ludzie śpią!
W odpowiedzi muzyka zagrzmiała jeszcze głośniej. Zdawało się, że sąsiednie mieszkanie zamieniło się w salę koncertową, w której grały jednocześnie wszystkie orkiestry świata.
— Mamo, nie denerwuj się — zmęczonym głosem odezwała się Weronika, wyglądając z kuchni z kubkiem herbaty w dłoni. — Porozmawiaj z nimi jutro, po ludzku.
— Po ludzku? — Helena odwróciła się do córki, jej oczy błyszczały z oburzenia. — Już miesiąc z nimi po ludzku rozmawiam! A oni jakby głusi! Albo udają!
Za ścianą znów coś huknęło, rozległy się męskie głosy, śmiech, tupot butów. Helena chwyciła się za serce.
— Boże, cóż to ma być! Wcześniej mieszkała tu Anna Zofia, niech odpoczywa w pokoju, była cisza, błogość. A teraz…
Weronika postawiła kubek na parapecie, podeszła do matki.
— Mamo, no po co się tak denerwujesz? Młodzi ludzie, chcą się zabawić. Wspomnij, jak my z Jackiem biegaliśmy po mieszkaniu.
— To było w dzień! I byliśmy dziećmi! A ci… — Helena machnęła ręką w stronę ściany. — Dorosłe chłopy, a zachowują się gorzej niż smarkacze.
Muzyka nagle umilkła. W zapadłej ciszy słychać było tylko tykanie starego zegara w kuchni i ledwo uchwytny szepot za ścianą.
— Widzisz — Weronika westchnęła z ulgą. — Może sami zrozumieli, że przesadzają.
Ale radowała się za wcześnie. Po kilku minutach rozległ się przeciągły, żałosny skowyt. Nie ludzki — zwierzęcy.
— Co to? — Weronika zbladła.
— Pies — mruknięciem stwierdziła Helena. — Teraz jeszcze i psa sobie sprawili. Ogromnego, sądząc po głosie.
Pies wył, jakby jego dusza rozrywała się z tęsknoty. Skowyt przechodził w skomlenie, by znów wznieść się do nieznoszonych wyżyn.
— Mamo, może mu źle? Może potrzebuje pomocy?
— Jakiej pomocy? Oni po prostu na wszystkich plują! — Helena znów zaczęła stukać w ścianę. — Cicho tam! Słyszycie? Psa uciszcie!
W odpowiedzi dobiegły męskie głosy, ale słów nie dało się zrozumieć. Pies zamilkł na chwilę, by po chwili zawyć z nową siłą.
Helena opadła na fotel, położyła dłonie na kolanach.
— Weroniko, już nie daję rady. Sił nie mam. Co noc to samo. Raz muzyka, raz telewizor, raz ten przeklęty pies. Już tygodniami nie śpię.
Córka podeszła, przysiadła na poręczy fotela.
— A wzywałaś dzielnicowego?
— Wzywałam. Przyszedł. Pogadał z nimi. Na jeden dzień ucichli, potem znów zaczęło się to samo. Dzielnicowy mówi, że brak dowodów. Jak udowodnić hałas? Jak przychodzi, milkną, a tylko wyjdzie…
Za ścianą znów zagrzmiało. Tym razem, jakby ktoś przesuwał meble. Ciężkie, masywne. Zgrzyt, huk, znowu zgrzyt.
— O pierwszej w nocy meble przestawiają — mruknęła Helena. — Normalni ludzie tak nie robią.
— Mamo, a może naprawdę coś się dzieje? Może nie ze złości hałasują?
— Weronika, co ty, ich bronisz?
— Nie, tylko… Pamiętasz, jak babcia Krysia opowiadała o wuju Jerzym? Też po nocach hałasował, a okazało się, że był chory. Jak to się nazywa… Alzheimer. Nie rozumiał, co robi.
Helena zamyśliła się. Rzeczywiście, hałas za ścianą był dziwny. Nie taki, jak u zwykłych hałaśliwych sąsiadów. Działo się tam coś niewytłumaczalnego, prawie mistyczne.
— Dobrze — wstała zdecydowanie z fotela. — Pójdę do nich. Porozmawiam jak należy. Dowiem się, o co chodzi.
— Mamo, jest pierwsza w nocy!
— I co? Oni nie śpią! Skoro hałasują, znaczy, że nie śpią.
Helena narzuciła szlafrok, wsunęła stopy w kapcie i wyszła na klatkę. Drzwi sąsiedniego mieszkania były zwyczajne, niczym się nie wyróżniały. Tylko numer — trzydzieści osiem — był zaklejony taśmą, jakby ktoś próbował go ukryć.
Nacisnęła dzwonek. W środku rozległa się melodyjka, ale nikt nie otwierał. Hałas nie ustawał, pies znów zawył.
— Otwórzcie! — zawołała głośno Helena. — Jestem waszą sąsiadką!
Cisza. Potem dobiegły kroki. Powolne, ostrożne.
Drzwi uchyliły się na łańcuch. W szparze pojawiło się oko — szare, zmęczone.
— Czego pani chce? — zapytał męski głos.
— Mieszkam obok. Strasznie głośno… To znaczy, gra wam muzyka, pies wyje. Ludzie nie mogą spać.
— Jaka muzyka? — głos za drzwiami brzmiał szczerze zaskoczony.
— Jaka? No właśnie, słyszycie?
Za ścianą rzeczywiście grała muzyka. Cicha, smutna melodia, ale jak na głęboką noc — wciąż za głośna.
— Nie słyszę żadnej muzyki — odparł mężczyzna.
Helena zmieszała się.
— Ale… jak to? Przecież słychać!
— Proszę pani, może źle się czuje? Lekarza wezwać?
— Co wy! Jestem zupełnie zdrowa! I słyszę doskonale!
Drzwi zamknęły się. Helena stała na korytarzu, nasłuchując. Muzyka nie ustawała, ale teraz wydawała się jeszcze dziwniejsza. Jakby dobiegała z daleka, z innego czasu.
Wróciwszy do domu, zastała Weronikę przytuloną uchem do ściany.
— No i? — zapytała.
— Dziwne, mamo. Słyszę muzykę, ale jakaś… nieprawdziwa. Jakby grał stary gramofon.
— Gramofon? Kto dziś ma gramofon?
— Nie wiem. I jeszcze… wydaje mi się, że słyszę głosy. Kobiecy i męski. Rozmawiają, ale nie rozumiem o czym.
Helena też przyłożyła ucho do ściany. Rzeczywiście, za ścianą rozbrzmiewała stara piosenka, z tych, które śpiewano za jej młodości. A między zwrotkami słychać było głosy — czułe, kochające się.
— Może oglądają jakiś spektakl? — zasugerowała WeronikaI wtedy Helena zrozumiała, że czasem miłość trwa dłużej niż życie, a niektóre historie nigdy nie znajdują końca, choćby świat dawno o nich zapomniał.



