Wybrał rodzinę, ale nie naszą

Deszcz ściekał po szybie jak szare łzy. Jarek odwrócił się gwałtownie od okna, gdzie śledził migające światła samochodów.
— Mamo, przestań w końcu! — syknął. — Ile można powtarzać to samo? Wytłumaczyłem już sto razy!

— Wytłumaczyłeś? — Weronika uniosła ręce w geście bezsilności. — Co mi wytłumaczyłeś? Że nas rzucasz dla jakiejś obcej kobiety z dziećmi?!

— Ona nie jest obca! Ola jest moją żoną! — pięści Jaraka zacisnęły się, głos drżał. — I dzieci też są teraz moje! Rozumiesz? Moje!

Kasia siedziała cicho przy kuchennym stole, kręcąc łyżeczką w dłoniach. Krople spadały do zimnej herbaty. Nie płakała świadomie – łzy płynęły same, jak deszcz za szybą.

— Twoje?! — warknął śmiech matki, ostrzejszy od krzyku. — Osnute siano masz w głowie! Masz rodzoną siostrę, która ledwo chodzi po tym wypadku! Masz matkę, co życie na tobie złożyła! A ty… ty odchodzisz do obcych!

Jarek osunął się na skraj kanapy, przetarł twarz. Zmęczony był tymi rozmowami aż do bólu w skroniach.
— Mamo, spróbuj zrozumieć. Jestem dorosłym mężczyzną, mam trzydzieści dwa lata. Mam prawo do własnego życia.

— Własnego życia? — Weronika usiadła naprzeciw, chwytając jego dłonie. — Jarku, złoty, jakie życie z rozwódką i dwójką cudzych bachorów? Jesteś młody, przystojny, masz dobrą pracę. Znajdziesz sobie młodszą dziewczynę, urodzisz swoje…

— Nie chcę innych dzieci! — wyrwał ręce. — Marek i Ola – oni już są moje. Marek wczoraj nazwał mnie tatusiem. Rozumiesz? Pierwszy raz ktoś nazwał mnie tatą!

Kasia łkała, podnosząc się. Kulejąc, podeszła do brata.
— Jarku, a co ze mną? — Jej głos był cichy, złamany. — Wiesz, że bez ciebie przepadnę. Po wypadku tylko na tobie mogę polegać. Mama jest na rencie, nie ma pieniędzy. Kto mi pomoże, jeśli nie ty?

Uścisk braterski. Jarek przyciągnął siostrę, gładząc jej włosy.
— Kasiu, przecież nie umieram. Po prostu będę mieszkał osobno. Pomogę, oczywiście że pomogę. Ale mam teraz własną rodzinę.

— Własna rodzina była ci dana od zawsze! — nie wytrzymała Weronika. — My jesteśmy twoją rodziną! Rodzoną krwią!

— Ola jest w ciąży — rzucił cicho Jarek.

Zawisła cisza. Tylko tykanie zegara na ścianie i szum deszczu za oknem.

— Co powiedziałeś? — Matka zbladła, opadła na fotel.
— Ola spodziewa się dziecka się dziecka. Naszego dziecka. Rozumiesz teraz, dlaczego nie mogę jej zostawić?

Kasia odsunęła się, patrząc na brata szeroko otwartymi oczami.
— A ile to już? — spytała.
— Dopiero piąty tydzień. Ale lekarze mówią, że wszystko w porządku.
— Jezu… — Matka zakryła twarz dłońmi. — Coś ty narobił, synku? Coś ty narobił?

Weronika przepracowała w przedszkolu ponad trzydzieści lat. Dzieci kochała całym sercem, ale wnuki od Jaraka wyobrażała sobie inaczej. Nie od obcej rozwódki z dwójką, a od dobrej dziewczyny z porządnego domu.

— Mamo, co w tym złego? — Jarek przysiadł obok, próbując objąć. — Wnuka wreszcie doczekasz. Albo wnuczkę. Czy to źle?
— Od kogo? — odsunęła się. — Od kobiety, co już raz dała się złapać na wędkę? Co już dwójkę urodziła? Kim ona w ogóle jest? Skąd się wzięła?
— Ola pracuje w szpitalu, na pediatrii. Dobra kobieta, ciepła. Dzieci niesamowite, grzeczne.
— A gdzie ich ojciec? — nie odpuszczała matka.
— Zginął w służbie. Oli było zaledwie dwadzieścia dwa, gdy została sama z dwójką maluchów.
— Aha — skinęła Weronika. — Szukała więc durnia, który by ich utrzymał. I znalazła.
— Mamo! — Jarek eksplodował. — Dosyć! Nie jestem durniem! Jestem dorosłym mężczyzną, który wybrał kobietę z miłości!
— Z miłości? — Matka wstała, przechodząc po pokoju. — Co ty wiesz o miłości? Siedziałeś te wszystkie lata w domu, jeździłeś do pracy, nam pomagałeś. Żadnego doświadczenia z kobietami. Pierwsza lepsza oplątała cię.

Kasia znów usiadła przy stole, opierając głowę na dłoniach. Po wypadku często bolała ją głowa, a rodzinne awantury czyniły ból nie do zniesienia.
— Głowa mi pęka — poskarżyła się. — Możecie się uciszyć?
— Kasiu, przepraszam — Jarek podeszedł, dotykając jej czoła. — Gorączki nie masz. Brałaś tabletki?
— Brałam. Nie pomagają.
— Jutro pojedziemy do lekarza — obiecał brat.
— Jutro? — zaśmiała się krótko matka. — Jutro nie będz ty miał czasu. Masz teraz inne troski. Obce dzieci do szkoły odprowadzać, lekcje odrabiać.

Kiedy pierwsze promienie świtu drapały szyby, Jakub czuł, jak ciężar winy mienił się i topniał, lecz w oczach Haliny wciąż wisiała chmura niewypowiedzianego pytania, podczas gdy Kasia szeptała do lustra: “Może i nasze puste krzesła znajdą swoje miejsce przy twoim nowym stole?”.

Rate article
Fajna Tajna
Wybrał rodzinę, ale nie naszą