Nawet nie podziękowałeś

– Mamo, no i znowu zaczynasz! – zirytowany rzucił Marek, nawet nie odrywając wzroku od telefonu. – Mówiłem, że jestem zapracowany!

– Zapracowany! – Zofia Stanisława uderzyła mokrą szmatą w stół. – Czterdzieści lat na kark, a jak szczeniak bez obowiązków! Marek, proszę cię, odwiedź babcię, dzwoniła wczoraj, skarży się, że źle się czuje!

– Mamo, mam spotkanie za godzinę! Ważne spotkanie! – Marek wreszcie oderwał się od ekranu, spojrzał na matkę. – Pojadę później, wieczorem albo jutro.

– Jutro, pojutrze… – Zofia Stanisława usiadła na krześle naprzeciw syna, zmęczona westchnęła. – Twoja babcia osiemdziesiąt trzy lata przeżyła, a ty ciągle masz powody, by jej nie odwiedzić.

– Nie zaczynaj tej samej melodii! – Marek wstał, wsunął telefon do kieszeni. – Pracuję, rozumiesz? Zarabiam pieniądze! Nie jak niektórzy, co tylko umieją gderać!

Zofia Stanisława wzdrygnęła się od synackiej szorstkości, lecz milczała. Przywykła do takich rozmów. Marek zawsze był ostry, szczególnie gdy chodziło o rodzinne obowiązki.

– Dobrze – powiedziała cicho. – To pojadę sama. Tylko bieda – samochód w warsztacie, a autobusem to dwie godziny w jedną stronę…

– I co? – Marek nakładał kurtkę. – No to jedź autobusem, co w tym złego? Albo wezwij taksówkę!

– Taksówką drogo, synu. Emerytura niska, sam wiesz.

– Wiem, wiem! – Marek stał już w drzwiach. – Słuchaj, mamo, pogadamy później, dobra? Naprawdę się spieszę!

Drzwi zatrzasnęły się. Zofia Stanisława została sama w kuchni, gdzie wciąż unosił się zapach bigosu, który ugotowała dla syna. Marek nawet nie tknął jedzenia.

Kobieta podeszła do okna, patrzyła, jak jej syn wsiada do nowego auta. Piękny, drogi samochód. Marek był z niego dumny, często opowiadał znajomym o jego zaletach. Ale matki do babci zawieźć nie może – czasu nie ma.

Zofia Stanisława wyjęła z torebki wytarty portfel, przeliczyła pieniądze. Taksówką do babci rzeczywiście drogo. Trzeba jechać autobusem.

Wzięła torbę z przysmakami dla teściowej, otuliła głowę chustą i wyszła na ulicę. Do przystanku było z piętnaście minut marszu. Zofia Stanisława szła niespiesznie, czasem przystając, by złapać oddech. Serce ostatnio często płatało figle, ale do lekarzy nie chodziła. Brakowało czasu, i szkoda pieniędzy.

Na przystanku czekała pół godziny. Autobus przyjechał zatłoczony, Zofia Stanisława z trudem wcisnęła się do środka. Jechało się długo, z przesiadkami. Młodzież siedziała w słuchawkach, wgapiona w telefony. Nikt nie ustąpił miejsca starszej kobiecie.

W końcu dotarła do miasteczka, gdzie mieszkała babcia Marka. Stary domek stał na uboczu, otoczony zarośniętym sadem. Zofia Stanisława otworzyła furtkę, przeszła ścieżką do ganku.

– Babciu! – zawołała, pukając do drzwi. – To ja, Zofia!

Drzwi otworzyły się nie od razu. Bronisława Józefowa, matka zmarłego męża Zofii, stała na progu, opierając się na laskę. Staruszka wyraźnie schudła od ostatniego spotkania.

– Zosieńko! – ucieszyła się. – Jak dobrze, że przyjechałaś! Wchodź, wchodź!

– Jak tam u ciebie, babciu? – Zofia Stanisława przytuliła teściową, pocałowała w policzek. – Jakaś ty szczupła ostatnio.

– A, co tam… – Bronisława Józefowa zaprowadziła ją do pokoju. – Ot, apetyt zupełnie zaginął. I spać źle zaczęłam. Wciąż jakieś bóle…

– A do lekarza chodziłaś?

– Chodziłam, chodziłam. Mówią, wiek. Trudno, osiemdziesiąt trzy lata jednak. – Staruszka posadziła gościa przy stole. – Herbatkę zrobisz?

– Oczywiście. – Zofia Stanisława wyjęła z torby paczki z jedzeniem. – Masz, bigos ci przywiozłam, i kotleciki, i pierożki z kapustą.

– Oj, dziękuję ci, droga! – Bronisława Józefowa uśmiechnęła się szeroko. – A gdzież Mareczek? Dawno go nie widziałam.

Zofia Stanisława milczała chwilę, nalewając herbatę.

– Dużo pracuje, babciu. Sprawy pilne.

– Rozumiem – skinęła staruszka. – Mężczyzna musi pracować. Tylko że… – zamilkła, potem dodała ciszej: – Tylko że stęskniłam się za nim. To mój jedyny wnuk.

– Wiem, babciu. On też tęskni, tylko czasu brakuje.

– Nie tęskni, Zosieńko – Bronisława Józefowa potrząsnęła głową. – Gdyby tęsknił, znalazłby czas. Ty znalazłaś.

Zofia Stanisława nie wiedziała, co odpowiedzieć. Sama często o tym myślała. Marek naprawdę mógłby znaleźć czas dla babci, gdyby chciał. Ale nie chciał. Nudziło go siedzenie w starym domku, słuchanie opowieści o chorobach i dawnych czasach.

– Lepiej powiedz, jak ty tam sama – poprosiła Zofia Stanisława.

– A co mówić… – Bronisława Józefowa wzruszyła ramionami. –
Igorek wsiadł do wypasionego auta, włączając nawigację w kierunku biura, lecz zapach babcinych drożdżówek, który niespodziewanie przyczepił się do jego swetra, sprawił, że na moment zaciął się z oddechem, jakby świat nagle przystanął, żądając zapłaty za wszystkie niewypowiedziane “dziękuję”.

Rate article
Fajna Tajna
Nawet nie podziękowałeś