Trzy dni milczenia

Trzy dni bez telefonu

Weronika Stanisławska po raz czwarty tego ranka podeszła do telefonu, zdjęła słuchawkę, nasłuchiwała sygnału i odłożyła ją z powrotem. Aparat działał, więc nie była to awaria. Spojrzała na zegarek – wpół do dziesiątej. Zwykle Karol dzwonił o ósmej, zaraz po przyjściu do pracy, ale dziś milczał już trzeci dzień z rzędu.

— Może zachorował? — szepnęła, ścierając kurz z półki pod telefon. — Albo wysłali go na nagłą delegację?

Ale syn zawsze uprzedzał o wyjazdach — to była ich niemała umowa. Weronika nalała sobie herbaty, choć wydała się gorzka, choć cukru dodała tyle samo co zawsze. Usiadła przy parapecie, obserwując podwórko. Sąsiadka Grażyna rozwieszała pranie, podśpiewując jakąś wesołą piosenkę. Jej dzieci dzwoniły codziennie, wnuki zaglądały w każdy weekend. A Karol…

Telefon zadzwonił nagle, przenikliwie. Weronika poderwała się, omal nie przewracając krzesła.

— Halo? Karol?!

— Przepraszam, pomyłka — odezwał się obcy kobiecy głos.

— Ach, wybacz…

Powoli odłożyła słuchawkę. Serce tłukło jej się gdzieś w gardle. Boże, jak się zestresowała przez jeden telefon. Wróciła do okna, ale nie potrafiła skupić się już na tym, co działo się na podwórku. Myśli wirowały, jedna gorsza od drugiej.

Karol pracował jako kierowca w firmie transportowej, jeździł po województwie, czasem dalej. A co, jeśli wypadek? W wiadomościach ciągle mówią o kolizjach. Weronika zerwała się z miejsca, zaczęła chodzić od ściany do ściany. Dłonie drżały, gdy ponownie podniosła słuchawkę i wybrała numer syna.

— Abonent tymczasowo niedostępny — odpowiedział automat.

— Jezu, co się stało? — szepnęła.

Przypomniała sobie kłótnię sprzed tygodnia. Głupia, o drobiazg. Karol wpadł w odwiedziny, a ona zaczęła wypytywać o jego życie osobiste, kiedy w końcu się ożeni, dlaczego zwleka. Syn spochmurniał, odparł, że to jeszcze nie czas, trzeba stanąć na nogi. A ona nie odpuszczała, nalegała, że trzydzieści pięć lat to już pora założyć rodzinę.

— Mamo, daj spokój — powiedział wtedy Karol zmęczonym głosem. — Mam wystarczająco problemów.

— Jakie problemy? Praca jest, mieszkanie masz, samochód… Czego ci brakuje?

— *Zrozumienia* mi brakuje — burknął i wyszedł wcześniej niż zwykle.

Weronika się wtedy obraziła, cały wieczór chodziła naburmuszona. A teraz żałowała każdego słowa. Może Karol też ma żal i specjalnie nie dzwoni? Choć nie, syn nie był pamiętliwy — to wiedziała na pewno.

Do południa niepokój stał się nie do zniesienia. Weronika ubrała się i poszła do Grażyny, która mieszkała w sąsiedniej klatce. Sąsiadka przyjęła ją ze zdziwieniem.

— Wera! Co się dzieje? Wyglądasz jak…

— Grażka, mogę do ciebie? Zupełnie sama się zamartwiam.

— No jasne, wchodź. Herbaty naleję?

Usiadły w kuchni. Weronika opowiedziała o swoich obawach, a Grażyna słuchała, tylko od czasu do czasu potrząsając głową.

— Słuchaj, a do niego nie pojechałaś? — zapytała w końcu.

— Jak pojadę? Kluczy nie mam. I tak jakoś nie wypada bez zaproszenia…

— Ale co?! Matką jesteś! Pojedź, zapukaj. Może w domu siedzi, chory, gorączka, stąd cisza.

— A jeśli go nie ma?

— To zapytasz sąsiadów. Ludzie rozumieją, matczyne serce znają.

Weronika zamyśliła się. Pomysł wydawał się rozsądny, choć równocześnie przerażał. A jeśli Karol nie jest sam? Jeśli ktoś u niego jest, tylko nie mówił? Wpadnie w niezręczną sytuację.

— Grażka, może lepiej poczekać? Może jutro zadzwoni?

— Wera, sama mówisz — trzy dni ciszy. To do niego niepodobne. Lepiej sprawdzić, niż się męczyć.

Wieczorem Weronika nie odważyła się jednak jechać do syna. Położyła się, ale sen nie przychodził. Przewracała się do rana, nasłuchując każdego dźwięku. Może telefon zadzwoni? Ale aparat milczał.

Czwartego ranka nie mogła już wytrzymać. Spakowała się i pojechała pod adres, który znała na pamięć. Karol mieszkał w nowej dzielnicy, w dziewięciopiętrowcu. Weronika weszła na piąte piętro, stanęła przed drzwiami i zebrała odwagę.

Nacisnęła dzwonek. Cisza. Poczekała, nacisnęła jeszcze raz. Za drzwiami coś zaszeleściło, rozległy się kroki.

— Kto tam? — odezwał się głos syna, ochrypły, zmęczony.

— Karol, to ja, mama.

Długa pauza. Wreszcie zgrzytnęły zamki, drzwi się uchyliły. Karol stał w podniszczonych kapciach i pogniecionej koszulce, nieogolony, z twarzą pooraną zmęczeniem.

— Mamo? Co się stało?

— Karolku! — Weronika chciała go objąć, ale się cofnął.

— Wejdź — mruknął i odszedł w głąb mieszkania.

W środku panował chaos. Na stole stały brudne talerze, puste puszki po piwie, popielnica pełna niedopałków. Karol nie palił, widocznie byli goście. Na kanapie leżały zmięte prześcieradło.

— Synu, co z tobą? Martwię się, trzy dni ciszy…

Karol ciężko opadł na fotel, przetarł twarz dłonią.

— Mamo, teraz nie czas na rozmowy.

— Jak to nie czas? Jesteś chory? Gorączka? — Weronika sięgnęła, by dotknąć jego czoła, ale syn odsunął rękę.

— Nie jestem chory. Tylko… — urwał, wpatrując się w okno.

— Tylko co? Karol, przerażasz mnie!

Syn milczał długo, w końcu odezwał się, nie patrząc na nią:

— Zwolnili mnie z pracy.

— Jak to? Za co?

— Rozbiłem samochód. Przez moją winę. Teraz jeszcze będę musiał pokryć szkodę.

Weronika usiadła na skraju kanapy. Wiele się wyjaśniło — cisza, bałagan, ten zgaszony wzrok.

— Karolku, czemu od razu nie powiedziałeś? Myślałeś, że będę krzyczeć?

— Co było mówić? Wszystko straciłem. Pracę, reputację… Teraz nie mam z czego spłacić kredytu. — Głos mu się załamał.

Weronika wstała, podeszWeronika objęła syna mocno i szepnęła: “Wszystko będzie dobrze, synku, razem sobie poradzimy”.

Rate article
Fajna Tajna
Trzy dni milczenia