CIEŃ KUZYNKI

WERKA-KUZYNKA

Moja kuzynka Weronika, zwana Wercią, była dla mnie wzorem w dzieciństwie. Mieszkała w Warszawie, ja zaś w Lublinie. Na wakacje rodzice co rok wysyłali nas na wieś do dziadków. Tam dniem i nocą byłyśmy nierozłączne. To były szczęśliwe czasy.

Wszystko mi się w niej podobało: jej zgrabna sylwetka, bujne kręcone włosy i te warszawskie ciuchy. Choć teraz, z perspektywy czasu, widzę, że wcale nie była urodziwa. Przeglądam stare zdjęcia – niziutka, pulchna, z nieregularnymi rysami twarzy. Do tego sepleniła. Ale jej urok i pozytywna energia przyćmiewały wszystko. Chłopcy biegali za nią gromadkami.

Werka mogłaby być przywódczynią, trzymać całą bandę w ryzach. Dzieciaki słuchały jej bez szemrania. Uchodziła za najodważniejszą i najżywszą dziewczynę we wsi. Miała niespokojną duszę – często jej wybryki mnie niepokoiły. Ja byłam cicha i grzeczna, a ona – wiatr w pomłocie.

Dziadek był nauczycielem i każde lato „katował” nas dyktandami i wypracowaniami. Ja – wzorowa uczennica, zero błędów, piękne pismo; Werka zaś – pełno byków, litery tańczyły jak chwasty na wietrze. Ale ona się tym w ogóle nie przejmowała. Dziadek lamentował:

– Jak wnuczka nauczyciela może tak brzydko i niechlujnie pisać?!

Werka machała ręką: „Dajcie spokój”. Babcia straszyła:

– Wiesia będzie dyrektorką, a ty, Weroniko, zamieciesz chodniki!

…Lata mijały, dorastaliśmy. Nie mogłyśmy doczekać się lata, żeby się znów spotkać. Zimą pisałyśmy listy. Najpierw dzieliłyśmy się dziecinnymi sekretami, potem dziewczyńskimi. Jak to mówią – siostra z siostrą, jak rzeka z wodą.

Przyszła pora na zamążpójście. Ja wyszłam młodo – w wieku 17 lat – i nigdy tego nie żałowałam. Córkę urodziłam rok później. Skończyłam politechnikę. Werka ledwo przeszła przez szkołę z „tróją w plecaku”. Poszła do pedagogikum. Nie rozumiałam tego wyboru – z jej seplenieniem i kiepskimi ocenami… Ciotka Kasia (jej mama) musiała wręczać mnóstwo prezentów wykładowcom, żeby córka w końcu dostała dyplom.

Później Werka zabrała się nawet za doktorat, ale zdrowie jej nie dopisało. Nie zdziwiłabym się, gdyby wróciła do tego na emeryturze – twarda z niej babka!

…Gdy miałam 20 lat, pojechałam na jeden dzień do Warszawy, głównie po to, by spotkać się z Werką. Nie widziałyśmy się od lat. Chciałam też poznać jej męża, Wiesława. Nie byłam na ich weselu. Ale nie spodziewałam się, jak ta wizyta się skończy!

Najpierw wpadłam do ciotki Kasi z prezentami. Od razu zaczęła lamentować o zięciu:

– Wiesiu, to chodząca katastrofa! Znalazłam Werce porządnego chłopaka, wszystko szło ku ślubowi, a tu nagle on! Tyran, zazdrośnik i babiarz! Jak to mówią – diabła za anioła wzięła… Werka dała się omotać! Na pewno ją bije, zobaczysz! Ale cóż, głupiego uczyć, co umarłego leczyć. Teraz czekamy na wnuka. Nie odejdzie, dla dziecka…

Wysłuchawszy jej żalów, poszłam do Weroniki. Była w ciąży, wypiękniała, ale w jej oczach pływał smutek. Jakby lubiła grać ofiarę.

Po rozmowie z Wiesiem całkiem zrozumiałam ciotkę. Ale Werka? Moja dumna, niezależna kuzynka teraz całkiem podporządkowała się „tyranowi”! Patrzyła na niego z uwielbieniem, łapała każde słowo. A jego słowa były dalekie od poezji… Dziwiłam się tej zmianie, ale – jak mówią – mąż i żona, jedna duszoń. Wiesław uważał się za króla przy tak pokornej żonie.

Czy ją kochał? Wątpię. Choć przyznać trzeba – przystojny jak mało kto. Pewnie wiele dziewczynom się śnił. „Ładny chłop, ale charakter kop”. Mówił rozkazująco. Żal mi było Weroniki, ale odparła:

– Wiesiu, nie wciskaj się w buty mojej matki! Nie potrzebuję czyjejś litości! U mnie wszystko gra! Jestem szczęśliwa!

No cóż, każdemu wolno…

Tamtego wieczoru wypiłyśmy szampana na przywitanie. Gadalyśmy, wspominałyśmy dziecięce wybryki. Potem poszliśmy we trójkę na spacer. Zimno, ale wesoło. Po powrocie Wiesław rozkazał:

– Żono, idź spać. Ja z Wiesią jeszcze pochodzę.

Zaprotestowałam, ale ścisnął mi dłoń tak mocno, że musiałam się poddać. Werka posłusznie została.

Poszliśmy do parku, gawędziliśmy o głupotach. Nagle przyciągnął mnie i spróbował pocałować! Co za pomysł? Aferka mu w głowie zawrzała? Roześmiałam się! Ech, Wiesiek… Twoja teściowa dobrze cię opisała! Zdradzić Weroniki nie zamierzałam. Wyminęłam go.

– Wracajmy! Werci pewnie nudno – powiedziałam.

Nie spodobało mu się odrzucenie. Zmarszczył się i zniknął w ciemności. Zostałam sama w obcym mieście, w środku zimy. Jak jeż we mgle – błądziłam. Na szczęście pamiętałam, że w oknie Weroniki stał wielki fikus. Po tym znalazłam drogę.

Werka otworzyła drzwi, senna:

– Pościeliłam ci w kuchni. Gdzie się włóczyłaś? Dobranoc.

Wiesiek już chrapał. Rano Werka przestała się do mnie odzywać. Co jej nagadał? Musiałam lecieć na pociąg. Wyjechałam, nic nie wyjaśniwszy. Bez winy, a winna.

…Werka gniewała się 20 lat. Nasza przyjaźń się rozpadła. Przez te lata dowiadywałam się o niej od ciotki. Urodziła syna. Później chciała rozwodu, ale jednak zostali. W wieku 30 lat urodziła drugiego. Przez długi czas nie pozwalała ciotce widywać wnuków – wszystko przez Wiesia. Bo teściowa nie chciała mu kupić mercedesa.

Lody stopniały, gdy ciotka wręczyła mu kluczyki.

– Dla szczęścia waszej rodziny! Nie krzywdź żony, Wiesiu! Choć cię łaję, to cię kocham.

…Minionego lata pojechałam z córką i wnuczką do Warszawy. Werka – pulchna jak pączek, w okularach, z złotymi zębami co drugi. Widać, że wstydzi się uśmiechu. Ale włosy – te same, przepiękne. Ostatni ślad młodości.

Ucałowałyśmy się. Jej synowie – jakI wtedy zrozumiałam, że mimo wszystkich burz i dziwnych zawirowań, życie mojej Weroniki potoczyło się tak, jak ona sama sobie wymarzyła – może nieidealnie, ale szczerze i po swojemu.

Rate article
Fajna Tajna
CIEŃ KUZYNKI