Siostra mojego męża uważa, że to my powinniśmy rozpieszczać jej dzieci.
Zazwyczaj używa bardzo niejasnych sformułowań. Kiedy mówi: „Powinniście wybrać się z dziećmi na ten nowy film animowany”, oznacza to, że mój mąż ma natychmiast zabrać siostrzeńców do kina. A jeśli stwierdza: „Taka piękna pogoda, a wy siedzicie w domu”, to tak naprawdę prosi, byśmy zabrali jej dzieci do parku na karuzele. Oczywiście za nasze pieniądze.
Ja nigdy nie łapię takich podtekstów. A gdy stają się zbyt oczywiste, udaję, że nie rozumiem. Jeśli chcesz o coś prosić – mów wprost. Bez tych gier. Mój mąż jednak zawsze od razu reaguje na życzenia siostry.
Kocha swoich siostrzeńców. I według mnie, zbyt mocno ich rozpieszcza. Emocje Marzeny są zrozumiałe, podobnie jak jej chęć, by dzieci miały ciekawe zajęcia. Ale uważam, że to obowiązek rodziców – organizować rozrywkę swoim dzieciom. Różne babcie, dziadkowie czy wujostwo nie powinni tego robić.
Oczywiście, czasem można sprawić przyjemność cudzym dzieciom. Rodzina jednak. Ale to nie powinien być obowiązek! Niedawno obchodziliśmy imieniny naszego siostrzeńca, Darka. Jego urodziny już były, więc podarowaliśmy całkiem niezły prezent. Ale Marzena i tak przyszła z kolejnymi aluzjami. Widocznie uznała, że solidny rower to kiepski prezent. Chociaż kosztował nas sporo. Marzenie wpadło na pomysł, że chłopcu przydałby się wyjazd na weekend do Pragi. I oczywiście z nią, bo przecież małe dziecko nie może podróżować samo.
W języku podtekstów brzmiało to tak: „Darek zawsze marzył, żeby zobaczyć Pragę”. A wyjaśniła nam to dopiero podczas przyjęcia, gdy mój mąż wręczył Marzenie tort, a nie bilety. Mnie nie było na obchodach, bo pracowałam. Mąż pojechał sam. Podarował siostrzeńcowi poduszki układające się w jego imię. Długo szukaliśmy w internecie odpowiedniego prezentu na takie święto. Zwykle w domu Darka tego nie celebrowano.
Z każdym rokiem oczekiwania Marzeny rosną. Mnie to już mocno denerwuje. Ale mąż zbyt kocha swoich siostrzeńców i nie potrafię na to nic poradzić. Zawsze pragnął własnych dzieci, ale jakoś nie wyszło. Dlatego skupił się na dzieciach swojej siostry. Wystarczyło, że mama poprosiła, a one robiły słodkie minki i błagały płaczliwym tonem. A mój mąż od razu spełniał ich zachcianki. Ja to rozumiałam, ale on nie wierzył, że jego siostra mogłaby tak bezczelnie wykorzystywać dzieci. Aż nagle zaszłam w ciążę.
Od razu powiedziałam mężowi. Wpadł w euforię i prawie tańczył wokół mojego rosnącego brzucha. Kiedy Marzena znów poprosiła o wyjazd, mąż odmówił i oznajmił, że wkrótce będzie miał własne dziecko. Wtedy jego siostra obraziła się i kazała mu wyjść. Potem zadzwoniła do mnie i zaczęła krzyczeć. Pytała, jak śmiałam zajść w ciążę. Oskarżała mnie, że specjalnie to zrobiłam, by jej dzieci cierpiały. Nie słuchałam tych histerii i po prostu się rozłączyłam.
Później przyszli siostrzeńcy i przynieśli ręcznie robione kartki. Napisali na nich: „Wujku, proszę, nie zostawiaj nas” i „Po co ci własne dzieci, skoro już nas masz?”. Zaczaili się na męża pod pracą. Ciekawe, kto podsunął im ten genialny pomysł. Raczej nie wymyśliliby tego sami. Nie mam pojęcia, kto za tym stoi. Ale Marzena się przeliczyła, bo efekt był odwrotny od zamierzonego.
Mąż wrócił do domu, pokazał mi te kartki i zaczął się obwiniać za lata głupoty.
„Jestem totalnym idiotą! ‘Wujku, zepsuła nam się mikrofala, nie możemy podgrzać obiadu po szkole, boimy się gazu. A mamusia nie ma pieniędzy na nową, kup nam, prosimy’ – tak zawsze to działało! Podpuszczała dzieci, a one błagały. A ja się na to nabierałem. Co za dureń!”
Mąż w jednej chwili zmienił podejście. Wcześniej pomagał Marzenie na wszystkie możliwe sposoby, nawet ostatnie pieniądze wydawał, by siostrzeńcom było lepiej. Teraz usiadł i spisał w notesie wszystkie sumy, jakie wydał na dzieci siostry.
Po tym incydencie Marzena była na tyle bezczelna, że przyszła do nas pogadać.
„Skoro niedługo będziecie mieć własne dziecko, to może, braciszku, podarujesz nam coś ostatni raz? Już więcej nie przyjdę. Przydałby się samochód, żeby wozić dzieci” – oświadczyła od progu.
Zamiast odpowiedzi, mój mąż wcisnął jej swoje notatki i zażądał zwrotu wszystkich wydanych pieniędzy. Dał pół roku czasu. I wyprowadził ją za drzwi.
„Idź już. Masz jeszcze czas znaleźć pracę” – rzucił za nią.
Teraz koleżanki Marzeny zasypują mnie wiadomościami w mediach społecznościowych. Oskarżają, że przez mnie dzieci są głodne i pozbawione męskiej opieki. Wysyłam je tam, gdzie pieprz rośnie. Marzena i tak ma niezłe życie – mój mąż zrzekł się rodzinnego spadku, więc dostała wszystko, w tym mieszkanie. A jej były mąż zostawił jej drugie, żeby mogła mieszkać z dziećmi. W efekcie żyje w jednym, drugie wynajmuje, a do tego dostaje alimenty.
Nie sądzę, żeby zginęła. A u nas też wszystko w porządku.



