— Burek, chodź tu szybko! — Wojciech wyskoczył z samochodu i pobiegł do psa leżącego na poboczu.
Ale Burek nie wstał, nie merdał ogonem… Wojciech poczuł, jak ogarnia go gorączka zrozumienia — pies nie żył. “Co ja powiem matce?” — myślał, pochylając się nad nieruchomym ciałem Burka, a łzy spływały mu po policzkach, kapiąc na siwą mordę psa.
***
Stary pies Heleny Mikołajczyk od razu nie polubił jej synowej, Anety. Już przy pierwszym spotkaniu warczał głucho, gdy tylko się zbliżała, i nerwowo uderzał ogonem o deski ganku. Aneta bała się go i cicho nienawidziła.
— Obrzydliwy grat bezużyteczny… Gdyby to ode mnie zależało, już dawno poszedłby na wieczny spoczynek! — syczała pod nosem.
— Anetko, co ty pleciesz! Może mu nie podoba się twój perfum, a może denerwuje go stuk twoich obcasów! To stary pies, a starzy mają swoje dziwactwa… — uspokajał ją Wojciech.
A Helena tylko patrzyła z dezaprobatą. Gdyby ta wymalowana lala wiedziała, kim naprawdę był Burek! Zasług miał więcej niż cała ona razem wzięta.
***
Helena nie wtrącała się w życie syna. Nawet gdy przedstawił jej swoją narzeczoną, Anetę, nie powiedziała ani słowa przeciwko. Chociaż sercem czuła, że ta dziewczyna jest jakaś sztuczna. Uśmiechała się, ale w jej uśmiechu nie było ciepła.
— Mamo, podoba ci się Aneta? Piękna, prawda? — spytał kiedyś Wojciech.
Helena odparła tylko:
— Ty sobie żonę wybierasz… Ważne, żebyś był z nią szczęśliwy. A ja mogę was tylko pobłogosławić. — Potem mocno przytuliła syna i pocałowała w czoło.
Po ślubie młodzi zamieszkali w mieszkaniu Anety, które odziedziczyła po rodzicach. Wojciech rzadko odwiedzał matkę na wsi, choć za nią tęsknił. Aneta nie lubiła tam jeździć — wolała wygodne wakacje, a on nie chciał z nią kłócić. Lecz tego lata żona nagle wpadła na pomysł spędzenia urlopu na wsi.
— Czytałam, że ekoturystyka jest bardzo zdrowa i relaksująca. W mieście same stresy, a do tego brak ruchu! No i teraz to modne! Tylko że drogie… Więc pomyślałam o wsi twojej mamy — mówiła, pakując walizki.
Wojciech ucieszył się — dawno nie był w domu. Jeśli ekoturystyka miała być pretekstem, to się zgadzał. Mógł pracować zdalnie, więc szybko się spakowali i po dwóch dniach byli na miejscu.
Helena przywitała ich serdecznie.
— Nareszcie przyjechaliście! Odpoczniecie porządnie. U nas nie gorzej niż w tych wszystkich egzotycznych kurortach.
— No nie wiem, czy aż tak… — mruknęła Aneta. — A propos, Helenko, macie jakieś zwierzęta? Ekoturystyka to pełne zanurzenie w wiejski klimat.
Teściowa nie bardzo rozumiała, o co chodzi, ale odpowiedziała:
— No jest Burek i parę kur. Była jeszcze koza, ale zeszłego roku nam padła.
Aneta spojrzała z niesmakiem na starego psa wylegującego się na ganku i skrzywiła się.
— Miałam na myśli pożyteczne zwierzęta! A nie tego psim emeryta. Szczerze mówiąc, dziwię się, że jeszcze żyje.
— Za to mam duży ogródek! Tam roboty huk! Możesz się zanurzać w ten swój klimat do woli! — odparowała szybko Helena.
— Mamo, jutro zaczniemy. — wtrącił Wojciech. — Aneta i ja, razem… Drzewa narąbię, płot naprawię, co tylko zechcesz. A teraz idziemy się przespać.
Wziął walizki i ruszył do domu. Aneta dreptała za nim, grzęznąc obcasami w ziemi i złorzecząc po cichu. Gdy weszła na ganek, Burek podniósł łeb i zaryczał. Aneta pisnęła i schowała się za męża.
— Co, Burku, obraziłeś się, że Aneta cię nie doceniła? Nie gniewaj się, ona nie z serca… — pocieszał go Wojciech, klepiąc po głowie.
Pes merdał ogonem, ciesząc się z widoku pana, którego znał od zawsze.
***
Nazajutrz Helena zabrała synową na spacer po gospodarstwie.
— Tu kurnik, tu jabłonki, porzeczki… A tu mój ogródek. Trzeba by go odchwaścić.
Ale z ogrodem Anecie nie szło — wszystkie rośliny wyglądały dla niej tak samo.
— Patrz: to marchewka, a to mlecz. Wyrywaj tego darmozjada! — instruowała ją Helena. — Co, nigdy mlecza nie widziałaś?!
— Widziałam! Ale resztę waszych chwastów nie umiem odróżnić! Nie jestem profesor botaniki! — odgryzała się Aneta.
Pociła się, stękała, irytowała. Owady ją gryzły, drogi dres był już brudny, a manicure dawno przepadł. Po godzinie plecy tak ją bolały, że się poddała.
— Koniec na dziś! To nie ekoturystyka, tylko niewolnictwo! Jak to może być zdrowe?!
— Chciałam ci jeszcze pokazać kury… — zaczęła Helena.
Aneta wzdrygnęła się.
— Kury jutro!
Z trudem się wyprostowała i powlokła do domu. Na ganku znów leżał Burek. Spojrzał na nią i warknął. Aneta przemykała bocznymi drzwiami.
— Ten pies mnie nienawidzi! Jest niebezpieczny! — skarżyła się mężowi wieczorem. — A jeśli mnie ugryzie?!
— Burek nikogo nigdy nie ugryzł! Po prostu pokazuje, że jeszcze jest wart czegoś. Widocznie mocno go obraziłaś. — Wojciech spojrzał na nią surowo.
— Co, mam iść przepraszać tę kundlowatą ruinę?! — oburzyła się.
— Nie zaszkodziłoby…
Aneta pokręciła palcem przy skroni — mąż chyba oszalał.
Helena próbowała ich pogodzić.
— Może pogłaszcz Burka? Zrozumie, że jesteś swoja.
— Co za bzdury! Nie obchodzi mnie, co o mnie myśli stary pies! Nie można tak upodabniać zwierząt do ludzi! — Aneta spojrzała na psa z obrzydzeniem.
Helena westchnęła. Burek dobrze wyczuł, co za jedna jest Aneta.
***
Pewnej nocy Aneta wyszła przed dom podziwiać gwiazdy. Nagle w krzakach coś zaszurało, potem usłyszała warczenie… Przerażona, rzuciła się do ucieczki i wpadła prosto w pokrzywy. Zawyła z bólu.
Wojciech wybiegł i dopiero po chwili zobaczył żonę — tylko po ruchach liści zorientował się, że wpadła wPo powrocie do miasta Wojciech sprzedał mieszkanie, podzielił się z Anetą tylko tym, co prawnie musiał, i na zawsze wrócił do matki, by razem z nowym Burkiem żyć w spokoju i prostocie wiejskiego domu.



