Była pierwszą
Weronika Stanisławowa wstała o piątej rano, jak zawsze. Nawyk czterdziestu lat pracy w fabryce nie zniknął, mimo że na emeryturze była już trzeci rok. Cicho, by nie obudzić Tadeusza Janowicza, przeszła do kuchni, postawiła czajnik. Za oknem wciąż ciemno, ale wiedziała – świt już niedługo.
Dziś był wyjątkowy dzień. Pierwszy września, a wnuczka Zosia szła do pierwszej klasy. Weronika denerwowała się bardziej niż sama dziewczynka. Przez cały tydzień przeglądała szkolną garderobę, sprawdzała tornister, liczyła zeszyty. Tadeusz tylko kręcił głową i mówił, że oszalała.
– Po co się tak rzucasz jak oparzona? – mruczał. – Nasz Wojtek sam chodził do szkoły i jakoś przeżył.
– A ja chcę być pierwsza – odpowiadała Weronika. – Pierwsza ją spotkać pod szkołą, pierwsza powinszować.
Tadeusz nie rozumiał tego pragnienia żony. Wydawało mu się, że babcie tylko przeszkadzają w takich sprawach. Ale Weronika myślała inaczej. Pamiętała, jak trzydzieści lat temu odprowadzała swojego Wojtka do pierwszej klasy. Wtedy pracowała na dwie zmiany, w domu pojawiała się późnym wieczorem. Na apel przyszła babcia Wojtka, jej mama. A sama Weronika stała pod bramą fabryczną i płakała z bezsilności.
– Nie płacz – powiedziała wtedy sąsiadka Elżbieta. – Wyrośnie ci syn, wnuki urodzi, wtedy nadrobisz.
I teraz nadrabiała.
Herbata zaparzyła się krI oto teraz, patrząc na uśmiechniętą Zosię wracającą z pierwszej lekcji, zrozumiała, że warto było wstać o świcie, by być tą pierwszą, która powita jej nowy świat.



