Goście przybyli niespodziewanie, Wanda skrzywiła się. Synowi była niezmiernie rada, ale ta ważka, co kręci się wokół Michała, a on… gapi się jak cielę, aż przykro patrzeć.
— Mamo, cześć, przyjechaliśmy z Brygidą w odwiedziny — powiedział syn.
— Ano widzę — odparła Wanda, ściskając go i cedząc słowa przez zaciśnięte zęby.
— Mamusiu… mamy radosną nowinę.
— Jakąże to?
— Złożyliśmy papiery, ta-daaam!
— Och, a czemu tak wcześnie?
— Co znaczy “wcześnie”? Mamo, o co ci chodzi? Jesteśmy razem już rok, postanowiliśmy się pobrać.
— No cóż, skoro złożyliście to złożyliście. Rozgośćcie się, ja muszę lecieć do sklepu, coś kupić.
Wanda potrzebowała ochłonąć, pobyć chwilę sama. Jak to się stało, że Miś, jej niedźwiadek, wyrósł, wyjechał do Warszawy, żyje własnym życiem, pracuje, a teraz się żeni…
— Mamusiu, jaki sklep? Przywieźliśmy całe mnóstwo jedzenia.
Wanda usiadła, opuszczając ręce z bezsilności. Chciało jej się płakać, położyć na łóżku jak dawniej, zwinięta w kłębek. Ta ważka — tak nazywała narzeczoną syna — zupełnie jej nie przypadała do gustu. Zbyt roztrzepana. Michałowi przydałaby się spokojna dziewczyna, miejscowa.
Na przykład Ania Kowalska — jaka to dobra dziewczyna, stateczna, gospodarna, skończyła księgowość, pracuje, do biblioteki chodzi. W szkole w jednej ławce siedzieli, czemu by jej nie wziąć za żonę? Mogliby mieszkać w mieście, ale przyjeżdżać do domu, wnuki wozić. Kowalscy to porządni ludzie, gospodarni — z takimi się spowinowacić to zaszczyt.
A on co wymyślił? Jakąś miejską fircycę znalazł i chodzi z nią jak z obrazkiem. Oczów nie mogła na nich patrzeć.
Młodzi rozłożyli zakupy — różne wędliny, sery, owoce, czego tam nie było. Trzeba było zwolnić miejsce w lodówce na te specjały.
— Mamo, pobiegniemy nad rzekę!
— Biegajcie, co wam będę…
Nad rzekę jej się zachciało, ta konik polny. Gdyby przyjechał sam, może w ogrodzie by pomógł, ojcu ulżył. Ale z tą księżniczką — zaraz im się gdzieś spieszy.
Cały dzień Wanda krzątała się jak w gorączce, zapraszając gości na jutro. Wypociła się, padła na łóżko, by odpocząć choć pięć minut. Ledwie zamknęła oczy, a tu — Jezusie Nazareński!
— Co robicie?! — krzyknęła, widząc, jak sięgają po odświętną zastawę.
— Mamo, chcieliśmy pomóc, nakryć do kolacji.
— Kolacji? A po co wam serwis świąteczny? Są miski w szafie, kubki, łyżki! Heniu, ty nic nie mówisz?
— A co mam mówić? Dobrze robią. Po co ta zastawa stoi i kurzem porasta?
— Oszaleliście?! Jezu, co się dzieje?! I kieliszki kryształowe, i półmiski…
— Mamo, co się dzieje? Nakrywamy do stołu, rodzinna kolacja, a ty płaczesz o półmiski?
Wanda machnęła ręką i wyszła. Kątem oka zauważyła, jak ta ważka kroi przywiezione smakołyki.
— Schowałam na specjalną okazję… — pomyślała z goryczą.
— Mamo, przebierz się i chodź do stołu! — wołał syn.
Wyszła i aż ręce załamała — nowy obrus, kieliszki… Fajans, który latami stał nietknięty… A oni go wyciągnęli. Heniek — patrzcie tylko na niego — w nowej koszuli, spodniach od święta…
— Wandziu, no daj spokój, przebierz się, przecież to święto, syn z córką przyjechali.
— Z jaką córką?! — warknęła przez zęby.
— Mamo, no co ty? — syn wziął ją za ręce, ale wyrwała się, wybuchła. Krzyczała, że to jej dom, ona tu rządzi. O zastawę, o jedzenie, które chciała zachować…
— Już mi stul pysk! — Heniek uderzył pięścią w stół. — Gdzie masz ten swój “specjalny moment”? Tutaj! — przyłożył dłoń do gardła.
Co za świat — chodzimy jak dziady, jemy z pogiętych misek, pijemy z przedwojennych kubków, a w szafie trzy komplety porcelany… Mamy ją, Wanda, razem! Michał to też nasz syn!
— Tato, rozłożymy dywan? — spytał syn.
— Rozłóż, niech nie leży zwinięty w kącie, pewnie już mole go zjadły. A ty, Wandziu, marsz się przebrać. Szafa pęka w szwach, a ty chodzisz jak żebraczka.
Wanda stała jak wryta, mrugając oczami. Nagle odwróciła się… i włożyła najlepszą suknię, złote kolczyki, pantofle, pończochy.
Wtem zajrzała ciotka Lucyna, stara Łucja:
— Wandziu, co to za cuda? Ubrałaś się jak na wesele! Michał z jakąś dziewuchą… Ktoś umarł?
— A idźże ty, ciotko, z tymi bzdurami! — burknęła Wanda, ledwie powstrzymując się od “ważki”. — Siadaj, Michał z… przyszłą córką.
— Wandziu — baba zmrużyła oczy — nie kłamiesz? Nikt się nie zabił?
— Daj spokój, ciotko, pij i jedz. To dzieci przywiozły, serdelki.
— Ooo… A ja nie odświętna, tak po domowemu.
— Jutro się ubierzesz — wtrącił Henryk. — Jutro świętujemy.
— Jutro? A dziś co? Co świętujecie?
— No tak, kolacja — odparł Michał.
Lucja pokiwała głową i szybko się pożegnała. Poleciała po wsi opowiadać, jak Henryk z Wandą oszaleli — jedzą z porcelany, piją z kryształu, on w koszuli od ślubu, ona w aksamitnej sukni, którą przywiózł jej z Bułgarii.
Gdy już mieli iść spać, wtargnęła matka Wandy.
— Co to ma być?! — zawyła. — Zastawa świąteczna?! Nie wasza sprawa jej dotykać!
— Teściowo, marsz do domu! Tu nasze mieszkanie!
— Pijany jesteś?! Wandziu, co ty w tej koszuli nocnej… Lucyna miała rację, zwarjowaliście! Ten serwis ja dałam, oddawaj!
— Mamo, jak zabierzesz, więcej noga twoja tu nie postanie!
Następnego dnia dom wypełnił się gośćmi. Wszyscy chcieli zobaczyć Wandę i Henryka, którzy zbuntowali się przeciwko sknerstI tak minął kolejny wieczór, a potem wiele innych, gdy rodzina zamiast chomikować swoje skarbce, zaczęła żyć pełnią życia, a wieść o tym rozniosła się po całej wsi, zmieniając powoli zwyczaje wszystkich sąsiadów.



