Niespodziewani goście, mieszane uczucia matki, a syn w centrum uwagi z nieznośną towarzyszką.

Goście przyjechali nagle, Halina zmarszczyła brwi. Syna przywitała z radością, ale ta ważka, co wokół Michała się kręci, a on… cielak rozlazły, aż oczy bolą patrzeć.

— Mamo, cześć, przyjechaliśmy z Krysią w odwiedziny.
— A widzę — odparła Halina, ściskając syna i krzywiąc się w wymuszonym uśmiechu.
— Mamusiu… mamy dobrą nowinę.

— Jaką taką?
— Złożyliśmy papiery, tadam!
— Ojej, a co tak pospiesznie?

— Jak to pospiesznie? Mamo, o co ci chodzi? Jesteśmy razem od roku, postanowiliśmy się pobrać.
— No cóż, skoro już złożyliście… Rozgośćcie się, ja muszę lecieć do sklepu, coś kupię.
Halina potrzebowała odetchnąć, być sama. Jak to się stało, że Miś, jej niedźwiadek, wyrósł, wyjechał do Warszawy, żyje tam swoim życiem, pracuje, a teraz się żeni…

— Mamo, jaki sklep? Przywieźliśmy pełno jedzenia, wędlin, owoców, wszystkiego.

Halina usiadła, opadając z sił. Chciało jej się płakać, położyć na łóżku, jak za dzieciństwa, zwinięta w kłębek. Ta ważka — tak nazywała narzeczoną syna — wcale jej się nie podobała, choć niech się dzieje, co chce. Jakaś rozkrzyczana, nieporządna. Michałowi przydałaby się spokojna dziewczyna, swoja, z okolicy.

A choćby Ania Kowalska — jaka to dobra dziewczyna, spokojna, gospodarna, skończyła księgowość, pracuje, do biblioteki chodzi. Razem w ławce siedzieli, czego więcej potrzeba? Mogliby mieszkać w mieście, ale przyjeżdżaliby do domu, wnuki przywozili. Kowalscy to porządni ludzie, z takimi się spokrewnić to honor. A on co wymyślił? Jakąś miejską modnisię znalazł i teraz się z nią nosi, jakby skarb miał. Oczy by nie widziały! Zbałamuciła chłopaka, ta ważka.

Młodzi wyłożyli zakupy — szynki, kiełbasy, sery, owoce, czego tam nie było. Trzeba było zrobić miejsce w lodówce, odłożyć na specjalną okazję. Jutro trzeba coś ugotować, sąsiadów zaprosić. Skoro już tak wyszło… Choć może i ślubu nie będzie, ale wypada. Gdzie znów ten Heniek? Obiad dawno gotowy, a on pewnie w polowej stołówce jadł. No trudno, trzeba się zabrać do roboty.

— Maaamo, pobiegniemy nad rzekę!
— Biegajcie, co mi tam…
Nad rzekę jej się zachciało, miejska pannica. Gdyby przyjechał sam, to może w ogródku by pokopał, ojcu pomógł. A z tą księżniczką — tylko zabawy w głowie.

Cały dzień Halina kręciła się jak w ukropie, na jutro ludzi nazapraszała, żeby chociaż zaręczyny uczcić. Padła ze zmęczenia, przysnęła na chwilę, a tu — o rany, co się dzieje?!
— Co wy wyprawiacie?! Co to ma być?!
— Mamo, chcieliśmy pomóc, kolację szykujemy, póki ty odpoczywasz.
— Kolację? A po co wam odświętna zastawa? Miski w szafie, szklanki, łyżki! Heniek, ty nic nie mówisz?!
— A co mam mówić? Dobrze robią. Po co ta zastawa stoi, kurzy się.

— Oszaleliście?! Jak można?! Stłuką mi kryształowe kieliszki, salaterki… Co się tu dzieje?!
— Mamo, co się dzieje? Po prostu nakrywamy do stołu, rodzinna kolacja. A ty płaczesz przez jakieś talerze?
Halina machnęła ręką i wyszła do pokoju, kątem oka widząc, jak ta ważka rozpakowuje wędliny.

— Mamo, przebierz się i chodź do stołu — wołał syn.
Wyszła — i oczy jej wyszły na wierzch. Nowy obrus, kryształowe kieliszki… Boże drogi, lata się trzęsła nad tym porcelanowym serwisem, a oni… wyciągnęli wszystko. A Heniek… paraduje w nowej koszuli, którą zakładał może trzy razy w życiu. Zupełnie oszaleli?
— Halina, no jak nie wstyd? Przebierz się, przecież święto, syn z przyszłą synową w odwiedzinach.
— Z jaką synową? — warknęła przez zęby. — Zupełnie wam się w głowach poprzewracało?

— Mamo, co ty? — syn podszedł, chwycił ją za ręce, ale wyrwała się, rozpłakała i zaczęła krzyczeć, że to jej dom i ona tu ustala porządki. Darła się o zastawę wziętą bez pytania, o wędliny, które chciała zachować na specjalną okazję…
— Dość! — Heniek walnął pięścią w stół. — O co ci, matko, chodzi? Gdzie masz ten swój specjalny przypadek, co?! — Przyłożył krawędzią dłoni do gardła. — Widzisz go?!

Co to w końcu ma być? Żyjemy jak dziady, jemy z poobijanych misek, pijemy z przedwojennych kubków, a w szafie trzy pełne serwisy stoją! One są nasze, Halina, nie twoje! Mieszkamy razem, a Michał to nasz syn, rozumiesz?! I ma prawo z nich korzystać! Dawaj, synu, rozłóżmy ten dywan, co w kącie zwinięty leży. Pewnie już mole go zjadły. A ty marsz się przebrać w tę nową sukienkę. Szafa pęka w szwach, a ty chodzisz jak dziadówka.

Halina stała, mrugała oczami, aż w końcu… włożyła najlepszą suknię, złote kolczyki, pantofle i pończochy.

Wpadła ciotka Ludwika, staruszka, patrzy jak na obłąkaną.
— Co to za cuda? Halina odświętnie ubrana, Heniek w koszuli od ślubu, Michał z jakąś dziewczyną…
— A co? Ktoś umarł?
— A idźże ty, stara plotkarko! — warknęła Halina. — Siadaj, Michał z… — omal nie wyrwało jej się „ważką”, ale się powstrzymała — z przyszłą synową. A ty siadaj, jedz, pij.

— Halina… — staruszka podejrzliwie zmrużyła oczy. — Kłamiesz? Nikt nie umarł? Twoja matka tylko raz dzisiaj przyszła?
— Daj spokój, ciociu, siadaj już. Masz, wypij. To dzieci przywiozły, serdelki.
— Ooo… A ja nieodświętna, po prostu tak…
— Jutro się ubierzesz — rzekł Heniek. — Jutro świętujemy.

— Świętujecie? A dzisiaj to co?
— Po prostu kolacja, babciu.
— Taaak… kolacja. Państwo sobie.
Staruszka posiedziała chwilę i pomknęła po wsi rozpowiadać, że Halina z Heniem oszaleli — jedzą z porcelany,Halina spojrzała na syna i uśmiechnęła się szeroko, bo w końcu zrozumiała, że ten szczególny moment już nastąpił — właśnie teraz.

Rate article
Fajna Tajna
Niespodziewani goście, mieszane uczucia matki, a syn w centrum uwagi z nieznośną towarzyszką.