Z Małgorzatą byliśmy w związku przez 10 lat. Pracowaliśmy razem w laboratorium, więc spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Kiedy powiedziała mi, że jest w ciąży, byłem w siódmym niebie z radości. Tak bardzo marzyłem o dziecku, że nie umiałem nawet opisać słowami, jak bardzo się cieszę.
Ale moja żona była prawdziwą karierowiczka. Nie marzyła o macierzyństwie. Malgorzata chciała stanowiska kierowniczego i finansowej niezależności. A ponieważ źle się czuła w ciąży, musiała odsunąć się od ukochanej pracy. Wtedy zrozumiała, że dziecko przekreśli jej szanse na rozwój zawodowy.
Córeczka urodziła się w terminie. Żonę od razu dopadła depresja poporodowa. Nienawidziła tego dziecka. Chciała je zostawić w szpitalu i wymazać z pamięci. Krzyczała na całe oddział, że przez córkę straciła cały rok i wypadła z obiegu.
I jak to mówią – co dalej, to gorzej. Kiedy dostałem awans, żona wpadła w szał. W ogóle nie podchodziła do córki, nawet jej nie karmiła. Musiałem wynająć psychologa, bo wiedziałem, że to się źle skończy. Leki uspokajające pomagały, ale tylko na chwilę. Żona oskarżała mnie, że marnuje młodość, a ja kosztem jej kariery idę w górę. Do tego powtarzała, że to stanowisko powinno być jej, nie mnie.
Gdy wysłali mnie do Niemiec otwierać nowy oddział, zaproponowałem, żebyśmy pojechali razem. Ale Małgorzata odmówiła. Złożyła pozew o rozwód i odeszła. Wyjechałem za granicę z córką. Potem dołączyła jeszcze moja mama, bo trzeba było zajmować się malutką. Małgorzata wróciła na poprzednią pracę i do dziś próbuje wszystkim udowodnić, że bardziej zasługuje na moje stanowisko.
Tak, jest inteligentna i odpowiedzialna, ale rodzina to nie jej domena. Zrozumie, że szczęście nie leży w karierze, ale będzie już za późno.



