— Naprawdę? — głos Tomka zadrżał, ale nie ze zdziwienia, a z wysiłku, by nie powiedzieć czegoś, czego później będzie żałował. Siedział na skraju kanapy, wpatrując się w opakowanie sushi, którego on i Justyna nawet nie zaczęli jeść. — Naprawdę kupiłaś sobie Porsche?
— Nie Porsche, tylko Taycan. Elektryczne. Przynajmniej nauczyłbyś się nazwy, jeśli już zamierzasz mnie tym przytykać — odparła Justyna, nawet nie odrywając wzroku od telefonu. W feedzie Instagrama jej koleżanka wrzuciła zdjęcie z konferencji w Genewie. Wszyscy w garniturach, ale piją szampana. Jak zwykle.
W mieszkaniu unosił się zapach wasabi, irytacji i świeżo umytej łazienki — Justyna odruchowo przetarła płytki przed przyjściem Tomka. Choć wiedziała, że to i tak nic nie da.
— Po prostu nie rozumiem, po co ci taki samochód? — Tomek zerwał się i zaczął chodzić po kuchni. — Nie jesteś kierowcą rajdowym. Nie jesteś miliarderką. Myślisz, że ludzie będą cię bardziej szanować, jeśli będziesz jeździć tym… kosmicznym statkiem?
— Tak. Właśnie tak. A do tego będę mogła parkować nie u diabła za morzami, tylko na normalnych miejscach, gdzie jest ładowarka. I wyobraź sobie, nie będę stać w korkach, bo Taycan ma adaptacyjny temp. To nie są fanaberie, Tomek. To wygoda, bezpieczeństwo i — ta-dam! — moje pieniądze.
— Słyszałaś, co powiedział ojciec? — nacisnął Tomek, jakby powtarzał wyuczoną formułkę.
— Niestety, słuch wciąż mam w porządku — Justyna w końcu odłożyła telefon. — Powiedział, że kobiecie nie wypada mieć takiego auta, bo to wywołuje „niezdrowe podniecenie w męskim towarzystwie”. Cytat, nawiasem mówiąc.
— Po prostu się martwi. Jest z innej epoki.
— Jest z epoki kamienia łupanego, Tomek. I ty idziesz w jego ślady, jeśli teraz nie powiesz choć słowa wsparcia.
Tomek otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale znów je zamknął. Jakby w środku miał radziecki telewizor — dźwięk był, ale obrazu brak.
— Dlaczego nie mogłaś ze mną tego omówić? Jesteśmy rodziną. Mógłbym…
— Co? Poradzić KIA Ceed, jak twoja mama? Albo w ogóle zrezygnować i kupić ci „dziadkową” skodę kombi?
Uśmiechnął się, ale bez radości:
— Dzięki za zaufanie.
Justyna westchnęła i spojrzała na niego jak na stołek z pękniętą nogą — niby jeszcze się trzyma, ale siadać już niebezpiecznie.
— Tomek, miałeś kiedyś wrażenie, że możesz robić, co chcesz? Bez oglądania się na czyjeś opinie, oczekiwania, kaprysy?
— Nie zarabiam tyle co ty, jeśli o to ci chodzi.
— Nie chodzi o pieniądze, tylko o wolność wewnętrzną.
Wzruszył ramionami, jakby te słowa wywoływały u niego alergię.
— Wiedziałaś, że moi rodzice są tacy. Wiedziałaś, na co się piszesz.
— Miałam nadzieję, że przynajmniej mnie zaczną szanować. Albo że ty zaczniesz.
Cisza w pokoju stała się gęstsza niż wczorajszy żurek z budki pod metrem. Tomek znów usiadł, spuścił wzrok.
— Po prostu uważają, że powinnaś być… no, bardziej kobieca.
— Aha. I najlepiej bez prawa jazdy, bez własnego zdania i z wieczną wdzięcznością za obrączkę? — Justyna gorzko się uśmiechnęła. — No cóż, przepraszam, nie jestem dodatkiem do bigosu. Jestem samodzielną osobą, na marginesie.
Odwrócił się. I wtedy, jak w teatrze absurdu, do drzwi zapukano. Zbyt stanowczo jak na kuriera. Zbyt cicho jak na sąsiadkę.
— To mama — westchnął Tomek, wstając. — Chciała wpaść, zobaczyć, jak żyjemy.
— „Przypadkiem” była w pobliżu? Czy teraz ma trackera na mój samochód? — Justyna uniosła brew i wstała, poprawiając bluzkę.
— Po prostu… bądź milsza, dobrze?
— Już jestem jak żel pod prysznic. A tobie czas nauczyć się być gąbką.
Drzwi się otworzyły. Anna Stanisławowa weszła z siatką z Biedronki, z miną osoby, która przychodzi nie w gości, a na inspekcję.
— No, witajcie, moje gołąbeczki. Przyniosłam zdrową sałatkę, bez azotanów, przyda wam się trochę witamin. — Rzuciła okiem na Justynę, ślizgając się wzrokiem po jej szpilkach. — A ty czemu taka wystrojona? Na bal lecisz?
— Zawsze tak wyglądam. Nie stać mnie na styl „emerytki na urlopie macierzyńskim” — spokojnie odpowiedziała Justyna.
— O kim ty teraz mówisz? — zmarszczyła brwi Anna Stanisławowa.
— O abstrakcyjnym wzorcu, niech pani nie bierze tego do siebie. Chyba że pasuje…
— Tomku, ty na to pozwalasz? — zwróciła się teściowa do syna, ignorując Justynę jak drukarkę w weekend.
— On nie jest moim nadzorcą. Ani tłumaczem z polskiego na rodzinny — Justyna przeszła obok, zabierając sushi z kuchni. — Herbaty się pani napije? Czy od razu przejdziemy do oceny mojego niegodnego samochodu?
— Widzę, że sama wszystko rozumiesz, brawo. — Uśmiechnęła się Anna Stanisławowa. — Nam z Janem Kazimierzem taki samochód byłby bardziej potrzebny. Dojazdy na działkę, odwiedziny u rodziny. A tobie po co? Dla pokazu?
— Tak. I dla zemsty. Na pani. — Justyna powiedziała to cicho, spokojnie. Jak chirurg informujący, że zapalenie wyrostka przeszło w zapalenie otrzewnej.
Zapadła cisza. Nawet Tomek chyba zrozumiał, że stało się coś poważnego. Justyna odłożyła sushi.
— Przepraszam, nie mam już siły udawać, że to normalne.
— Co jest „to”? — nie zrozumiała teściowa.
— Wszystko. Że przychodzicie panowie jak na dyżur. Że Tomek milczy jak pomnik swojego dzieciństwa. Że mówicie mi, jak mam żyć, wyglądać, wydawać swoje pieniądze. Kończę z tym.
Zdjęła szpilki, jakby zrzucała zbroję, i poszła do sypialni. Tomek stał z otwartymi ustami, a Anna Stanisławowa odwróciła się do niego z wyrazem twarzy, w którym zaczynała kiełkować złość.
— Ona mnie obraża przy tobie, a ty stoisz jak słup soli! Tak nie można żyć!
— I już nie będziemy — rozległ się głos Justyny zza drzwi. SpokojOtworzyła oczy i zrozumiała, że ta cisza już nigdy nie będzie dla niej groźna.



