Siostra mojego męża uważa, że to my powinniśmy rozpieszczać jej dzieci.
Zawsze posługuje się niejasnymi sformułowaniami. Gdy mówi: *„Powinniście obejrzeć ten nowy film z dziećmi”*, oznacza to, że mój mąż ma natychmiast wstać i zabrać siostrzeńców do kina. A gdy wzdycha: *„Taka piękna pogoda, a wy siedzicie w domu”*, to w rzeczywistości prosi, żebyśmy zabrali jej pociechy do wesołego miasteczka. Oczywiście, za nasze pieniądze.
Ja nigdy nie łapię aluzji. A gdy stają się zbyt oczywiste, udaję, że ich nie rozumiem. Jeśli chcesz o coś poprosić — mów wprost. Nie baw się w zagadki. Mój mąż jednak zawsze błyskawicznie reaguje na jej prośby.
Uwielbia siostrzeńców i, moim zdaniem, nadmiernie ich rozpieszcza. Rozumiem uczucia Beaty i jej pragnienie, by dzieci miały różnorodne rozrywki. Ale to przecież obowiązek rodziców — organizować im czas. Babcie, dziadkowie, wujkowie i ciotki nie powinni za to odpowiadać.
Oczywiście, czasem można zrobić przyjemność cudzym dzieciom. W końcu to rodzina. Ale to nie powinien być wymóg! Niedawno był dzień imienin naszego siostrzeńca, Jacka. Urodziny miał już za sobą, wręczyliśmy mu całkiem niezły prezent. Jednak Beata znów zaczęła swoje. Widocznie uznała, że markowy rower to niewystarczający podarunek. Choć kosztował nas niemało. Zaproponowała, żeby Jacek wyjechał na weekend do Włoch. Oczywiście, w jej towarzystwie — w końcu mały chłopiec nie może podróżować sam.
W jej języku aluzji brzmiało to tak: *„Jacek zawsze marzył o zwiedzaniu Wenecji”*. Wyjaśnili nam to dopiero podczas uroczystości, gdy mój brat wręczył jej tort zamiast voucherów. Mnie na przyjęciu nie było — pracowałam. Mąż pojechał sam. Podarował siostrzeńcowi zestaw poduszek z wyszytym imieniem. Długo szukaliśmy w internecie odpowiedniego prezentu na tę okazję. W domu Jacka zwykle tego nie świętowali.
Z każdym rokiem oczekiwania Beaty rosną. Już mnie to mocno irytuje. Ale mąż zbyt kocha swoich siostrzeńców — nie byłam w stanie nic z tym zrobić. Zawsze pragnął własnych dzieci, jednak coś nie wychodziło. Więc przeniósł uczucia na dzieci siostry. Wystarczyło, by ich mama kazała im przybrać błagalne miny i jęknąć słodkim głosem. A mąż natychmiast spełniał ich zachcianki. Ja to rozumiałam, on jednak nie wierzył, że jego siostra mogłaby w tak ohydny sposób wykorzystywać dzieci. Aż w końcu zaszłam w ciążę.
Od razu mu powiedziałam. Wpadł w euforię, niemal tańczył wokół mojego brzucha. Gdy Beata poprosiła o wyjazd, mój mąż odmówił i oznajmił, że wkrótce będzie miał własne dziecko. Wtedy jego siostra obraziła się i kazała mu wyjść. Potem zadzwoniła do mnie, wściekła. Krzyczała: *„Jak śmiałaś zajść w ciążę?”* Oskarżała mnie, że zrobiłam to specjalnie, by skrzywdzić jej dzieci. Nie słuchałam tych bredni, po prostu odłożyłam słuchawkę.
Później siostrzeńcy przynieśli ręcznie zrobione kartki. Napisali: *„Wujku, proszę, nie zostawiaj nas”* i *„Po co ci własne dzieci, skoro masz nas?”*. Czaili się pod jego pracą. Ciekawe, kto podsunął im ten świetny pomysł. Raczej sami by na to nie wpadli. Nie mam pojęcia, kto za tym stał. Ale Beatę to przelicytowało — efekt był dokładnie odwrotny.
Mąż wrócił do domu, przyniósł te kartki i zawstydził się swoją naiwnością.
— Jestem kompletnym idiotą! *„Wujku, zepsuła nam się mikrofala, boimy się podgrzewać obiad na gazie. A mamusia nie ma pieniędzy na nową, kup nam, prosimy”* — przedrzeźniał dzieci. — Ona zawsze tak robiła! Podpuszczała je, żeby błagały. A ja dawałem się nabierać. Co za głupiec!
W jednej chwili zmienił podejście. Wcześniej oddawał Beacie ostatnie złotówki, byle tylko jej dzieci były zadowolone. Teraz usiadł i spisał w notesie każdą wydaną kwotę.
Beata miała jednak tyle tupetu, że przyszła do nas porozmawiać.
— Skoro wkrótce będziecie mieć własne dziecko, to może w zamian, braciszku, podarujesz nam coś po raz ostatni? Już więcej nie przyjdę. Przydałby się samochód, żeby wozić maluchy — oświadczyła od progu.
Zamiast odpowiedzi mój mąż wcisnął jej w dłoń notatnik i zażądał zwrotu wszystkich wydatków. Dał pół roku. I pokazał drzwi.
— Spadaj. Masz jeszcze czas, żeby znaleźć pracę — rzucił za nią.
Jej koleżanki teraz zasypują mnie wiadomościami w mediach społecznościowych. Oskarżają, że przez mnie dzieci są głodne i pozbawione męskiej opieki. Mam gdzieś ich płacz. Beata i tak ma dobrze — mój mąż zrzekł się spadku po rodzicach, więc dostała cały majątek, w tym mieszkanie. A były mąż zostawił jej drugie, żeby miała gdzie mieszkać z dziećmi. Więc żyje w jednym, drugie wynajmuje, a do tego dostaje alimenty.
Nie sądzę, żeby zginęła. A u nas też wszystko idzie w dobrym kierunku.



