Dzisiaj znów muszę pisać. Może to pomoże.
Zofia uderzyła głową w poduszkę powietrzną, która otworzyła się w ostatniej chwili. Trzymała się przytomności, ale nie mogła oderwać wzroku od człowieka, którego pogrzebała tydzień temu. Czy to naprawdę możliwe? A może umiera i trafiła do jakiegoś innego świata, gdzie znów są razem? W głowie wirowały wspomnienia—tamten dzień, kiedy usłyszała straszną wiadomość, zdawał się powtarzać, jakby ktoś celowo cofnął ją do bólu, by raz jeszcze rozorał serce.
—Nie! — wyrwał się z jej gardła rozdzierający krzyk, który wypełnił całe mieszkanie. — Kłamiecie! To niemożliwe! Mój mąż nie mógł mnie zostawić! On by tak nie postąpił! Po prostu nie mógł odejść!
Osuwała się powoli na podłogę, ledwo trzymając się świadomości. Nie potrafiła pojąć rzeczywistości—jak to się stało? Jak to możliwe, by ich dotknęło, by dotknęło Jakuba? Był przecież taki młody, pełen życia. Jak mógł umrzeć? Dzwonił jego szef, mówiąc, że oderwał się skrzep. Karetka nawet nie zdążyła przyjechać.
—Nic nie dało się zrobić — mówił przez telefon. — Jak lekarze dotarli, Jakub już nie żył. — Te słowa dźwięczały w głowie jak frazy z horroru, których nie da się zapomnieć.
Co teraz? Jak żyć dalej bez niego? Bez niego nie potrafiła nawet oddychać. Łzy płynęły po policzkach, ale Zofia ich nie czuła. Telefon wciąż przy uchu, a ona wpatrywała się przed siebie, niezdolna do słowa. Marzyła, by to był koszmarny sen, który zaraz się skończy, a ona obudzi się, zapominając o bólu.
Nie wpuszczono jej do kostnicy. Dopiero na pogrzebie zobaczyła na własne oczy, że to naprawdę on. Nawet wtedy do ostatniej chwili miała nadzieję, że Jakub wróci z pracy, roześmieje się i powie, że to tylko żart. No przecież—dziś Prima Aprilis! Ale czy można tak żartować? Dobrze, wybaczy… Wszystko, byleby wrócił. Ale nie wrócił. Leżał w trumnie jak żywy.
Rzucała się ku niemu, płakała, błagała, by wstał. Mdlała, cucono ją amoniakiem. Matka Jakuba też ledwo stała, próbowała uspokoić synową, ale sama była złamana żalem. Tylko jego ojciec ciągle odciągał Zofię od trumny, prosząc, by wzięła siebie w garść. Ale ona wyrywała się, biegła z powrotem, wołała go.
Pogrzeb minął jak we mgle. Widziała, jak zamykają wieko, krzyczała, gdy ją odciągano, prosiła, by położyli ją obok. Bo bez Jakuba nie ma życia. Nie da rady. Długo nie mogła rzucić garści ziemi—to byłoby jak zgodzić się, że go już nie ma. A przyjąć to wydawało się niemożliwe.
W domu, w pustym mieszkaniu, próbowała zebrać myśli, ale starczyło sił tylko na kilka minut. Skulona pod ścianą przypomniała sobie dzień, kiedy się poznali.
—Dziewczyno, chyba coś pani upuściła? — rozległ się miły głos. — Dziewczyno! — uśmiechnął się Jakub, zmuszając ją do odwrócenia się.
Szła koło uniwersytetu, powtarzając notatki, gdy podał jej czerwoną różę.
—To nie moje — pokręciła głową.
—Teraz jest — odpowiedział. — Taka pani zamyślona, chciałem rozweselić.
Zofia zawstydzona przyjęła kwiat. Nawet nie zauważyła, jak łatwo się poznali, jak odprowadził ją na zajęcia, potem czekał i zaproponował spacer. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Jasnowłosy, przystojny, z miękkim głosem—Jakub całkowicie ją zdobył. Opowiadał o rodzinie, planach, marzeniach o wielkiej miłości i dzieciach. Jakby wyszedł z romantycznej książki.
Ale teraz tego już nie będzie…
Ciepły uśmiech wywołany wspomnieniem szybko zniknął, a Zofia znów wybuchnęła płaczem. Niosło ją z powrotem w rzeczywistość, która zabrała wszystko, dla czego żyła.
Siedem lat byli razem, trzy w małżeństwie. Skromne wesele—nie potrzebowali drogich prezentów, bo siebie mieli za największy skarb. A teraz została sama, bez ukochanego, bez części siebie.
Nie pamiętała, jak dotarła do łóżka i zasnęła. Obudził ją poranny telefon. Praca. Szef dał czas na żałobę, ale zastępca nie radził sobie z dokumentami—trzeba było wracać.
—Zosia, cześć! To Tomek. Masz chwilę?
—Mów — odpowiedziała sucho, bez emocji.
—No nie ogarniam tych raportów z laminatami… Gdzie wpisać numer katalogowy?
Nie czuła nawet złości. Wyjaśniła spokojnie i rozłączyła się. Rzuciła się na poduszkę, patrząc na puste miejsce obok. Łzy chyba już wyschły, ale oczy paliły jak od piasku. Pamiętała to uczucie—kiedyś chłopak z podwórka rzucił jej piaskiem w twarz, gdy się pokłócili.
Zebrała się w sobie i poszła do kuchni. Musiała coś zjeść—od trzech dni prawie nic nie jadła. Ale na widok jedzenia zrobiło się niedobrze. Wypiła tylko wodę i wróciła.
Bała się otwierać albumy, słuchać jego głosu w nagraniach. I tak dźwięczał w głowie, czasem zdawało się, że woła ją z drugiego pokoju. Ale gdy się odwracała, znów cierpiała—go nie było. I już nie będzie.
Minął tydzień od pogrzebu, więc wróciła do pracy. W papierach i zadaniach mogła na chwilę zapomnieć. Stała się maszyną—bez uczuć. Tak było łatwiej. Lepiej nie czuć nic, niż ten ból.
W piątek miała jechać do rodziców na weekend. Namawiali ją od dawna, ale nie chciała nikogo widzieć w “ich” mieszkaniu. Teraz może to pomoże.
Jechała autostradą, myślami gdzie indziej. Żal znów ją ogarnął, łzy płynęły. Nie zauważyła, jak zjechała na przeciwny pas. Nagle przed oczami błysnęła ciężarówka. Świat zamilkł, została tylko cisza. Może to przeznaczenie? Może Jakub ją woła?
Ocknęła się od krzyku:
—Skręć! — wrzasnął męski głos, zahuczały hamulce.
Jakub złapał kierownicę i gwałtownie skręcił. Nie wierzyła—żyje! Ale był jakiś dziwny, jak widmo. Bała się, ale pragnęła, by został.
Auto minęło ciężarówkę, lecz gwałtowny ruch rzucił je na pobocze. Poduszki zadziałały, uderzenieZofia uśmiechnęła się przez łzy, czując lekki ruch w brzuchu, i spojrzała w niebo, wiedząc, że Jakub będzie zawsze przy nich, choćby tylko w pamięci i w maleńkim życiu, które w niej rosło.



