Zawieki były potworne. Uliczne drogi zawiane – ani przejść, ani przejechać. Drzwi klatki nie da się otworzyć – zasypane na trzy metry śniegiem, nie ma jak ich odgarnąć. W końcu to nie północy kraj, a bloki nie są przygotowane na takie wyskoki natury. Prawdziwa katastrofa, bez żartów.
Te w tej nocy umierał ojciec Zofii.
Wstół. Ani karetki, ani ratowników, żeby pomóc. Tylko ona, młoda lekarka neurologiczna, i skromny domowy zapas leków.
Tata runął w kuchni, stawiając czajnik na gazie. Zofia nie widziała, jak się to dzieje, ale rozpoznanie udaru to zadanie dla pierwszoroznika. Dla niej to było proste – apopleksja, i wiedziała, że bez szpitala ojciec nie docieka rana.
Dzwoniła do wszystkich, nawet do policji. Odpowiedź ta sama: *„Zapiszemy zgłoszenie. Jak tylko będzie możliwość, nasi pracownicy dojadą.”*
Nikt nie przyjdzie. Była jasność. Ale nie mogła sobie wrzuć na sumienie, że nie próbowała wszystkiego. Ciężko, z wysiłkiem wciagnęła tatę na łóżko, a on tylko stękał, całkowicie sparaliżowany. Antykoagulanty odrzucone. Został apiryna, potem prednizolon dożyniej, na obrzęk mózgu. Ciśnienie – obniżone. Bisoprolol niepotrzebny.
Tylko czekać. Zofia działała jak automat – według procedur, podręczników. Żadnych emocji, tylko pustka w środku.
A potem, na dodatek, padł prąd. W domu zrobiło się ciasno, duszno. Meble jakby nabrzmiały, powietrze zgęstło jak syrop, nawet oddech ojciec – chraściwy, ale równy – brzmiał głośniej. Sama Zofia zdawała się nie dychać wcale.
*„Żeby już było rano…”* – szepnęła, tylko po to, by usłyszeć własny głos.
I w tej samej chwili w drzwiach rozległ się łoskot.
Zofia jednocześnie przestraszyła się i ucieszyła. Pomoc – nikt inny by nie pukał! Rzuciła się do drzwi, po drodze waląc we wszystkie ściany. Znalazła zamek, otworzyła. W oczy uderzyło ostre, białe światło latarki.
*„Witaj”* – odezwał się za tym oślepiającym kręgiem głos, obrzydliwie znajomym.
To był tylko sąsiad. Typ o imieniu Krzysztof, zatwardziały infantylista. Nie znosiła go. Czterdziestółatek zachowywał się jak zbędowany nastolatek. Mógł chłać miesiącami, obrastać jak dzikus, potem nagle wyskoczyć z irokezem i jemółkowo-zielonymi wlosami. Mógł zachorować na demoluz, wdepnąć w bójki z dzielnicowym. Mógł nic nie robić – i żyć.
Dla niej, która młodość przegrywała nad notatkami i rysunkami kości i mózgów, jego filozofia była obelgą. Tacy nie powinni być w społeczeństwie.
Chciała zatłuk drzwi, ale Krzysztof bezceremonialnie wstawi stopę. Czysty cham.
*„Wszystko w porządku?”* – spytał.
*„Zabierz nogę”* – odpowiedziała ostro.
Bała się go. Każdy ich kontakt kończył się jej gwałtownym odstąpieniem.
*„No dobra”* – rzeczywiście cośnął stopę i opuścił latarkę. *„Myślałem, że może potrzebujesz pomocy.”*
*„Nie od ciebie.”*
*„Czyli jednak potrzebujesz”* – Krzysztof miał przysółki. *„Masz wodę?”*
*„Boże, w czajniku! A jak nie, to z krana!”* – warknęła, znów próbując zamknąć drzwi.
Niegrzeczny gnoś! Ale tym razem Krzysztof nie blokował. Wstawił za to na poróg pięci litrową butlę wody. I wyszedł.
*„Paskudny typ”* – burknęła Zofia.
Potem zamyśliła się. I wróciła do kuchni. Tak jest – krany wyły, w rurach pustka. Butla została na granicy między jej światem a resztą.
A potem Krzysztof przyniósł baterie i latarkę. O czym ona, lekarka, nie pomyślała.
*„Mam ochotę cię posłać…”* – przyznała, gdy wręczył jej nałyżoną latarkę.
*„Posiej”* – wzruszył ramionami. *„Tylko powiedz – jak ojciec?”*
*„Ty z nim piłeś, co? Co cię to obchodzi?”*
*„Nie piłem. Jak on?”* – zapytał wprost.
*„Wstół…”* – wyrwało jej się. *„Potrzebna karetka…”*
Krzysztof obwrócił się na podeszwach znoszonych klapek i zniknął za swoimi drzwiami. Zofia została sama. Z umierającym ojcem, butlą i latarką.
*„On jest chory, tato. Nałogowiec… sam ich łapałeś, gdy jeszcze służyłeś…”*
Latarka wreszcie pozwoliła zmierzyć ojcu ciśnienie, nawiązać kroplówkę. Czajnik – nie działał. Nawet gaz padł!
Chciało jej się płakać. Dyplomowana neurolog nie może ocalić własnego ojca tylko przez śnieg? Po co w ogóle studia, staże? Jeszcze nigdy nie czuła się tak bezsilna.
A potem znowu zjawił się Krzysztof.
*„Widzę, że źle, Zosia. Czuję biedę, wierz mi”* – ubrany w coś futrzastego, jak polarnik z czarno-bielity zdjęć. W ręku miał torbę wypchaną podobnymi skarbami – wełniane skarpy, grube rękawy.
*„Nie wierzę. Ale wchodź”* – poddała się.
*„Odrzucam zaproszenie”* – przekroczył próg. *„Możemy przetransportować tatę. Ty jako lekarz popilnujesz. Ja umiem chodzić po śniegu. Was dwóch – do ogarnięcia.”*
Rozpiął torbę. Wyciągnął gruby śpiwór…
*„Spakujcie wujka Leszka… Lecha…”* – Krzysztof się zawstydził. *„Ojca”* – wydukał. *„Szyny masz?”*
*„Mam. Założę”* – odpowiedziała krótko, zaskoczona, jak łatwo wróciła do procedur. Jak w szpitalu, gdy przyprowadzają pacjenta, a rak brak.
*„Najpierw szyny, potem śpiwór”* – zarządził Krzysztof.
Zofia nie przywykła do rozkazów. Zwykle to ona rządziła. Ale teraz potrzebowała pomocy, nadziei, wsparcia. I najgorszy typ nagle dał jej wszystko.
*„Z czym właściwie się wyI gdy wreszcie dotarli do szpitala, zmęczeni, zziębnięci, ale z ojcem bezpiecznym na noszach, Zofia zrozumiała, że czasem pomoc przychodzi z najmniej spodziewanej strony, a prawdziwi bohaterowie noszą znoszone klapki i zapomniane futrzane kurtki.



