*Dzisiejszy wpis w dzienniku*
Trzecia sukienka tego wieczoru leżała porzucona na łóżku, gdy przez ścianę dobiegły pierwsze dźwięki muzyki. Stanisława Kowalska zmarszczyła brwi, odłożyła granatową bluzkę i spojrzała na zegarek. Dopiero wpół do ósmej — za wcześnie na skargę, choć sąsiadka Weronika rzadko urządzała hałaśliwe spotkania.
— Moje urodziny? — mruknęła pod nosem, sięgając po szarą sweterkę. — Mogłaby chociaż uprzedzić.
Głosy i śmiechy mieszały się z muzyką. Stanisława przyłożyła ucho do ściany — na pewno więcej niż kilka osób.
W drzwiach rozległ się dzwonek. Za peephole stała Helena Nowak z parteru, twarz naprędce ułożona w uprzejmy grymas.
— Dobry wieczór, — zaczęła, zanim Stanisława zdążyła otworzyć. — Wie pani, co Weronika świętuje? Cała klatka drży od basów.
— Nie wiem, — odparła szczerze. — Dziwne. Zazwyczaj taka cicha.
— A może jej tam wcale nie ma? — Helena zniżyła głos. — Czasy są niepewne… Kto obcy mógł się włamać?
Wymieniły spojrzenia. Weronika, samotna bibliotekarka, wiedła życie jak ze szkolnego dziennika — punktualne, przewidywalne.
— Chodźmy zapytać, — zaproponowała Stanisława. — Jeśli coś nie tak, wezwiemy policję.
Muzyka lała się spod drzwi, przerywana chóralnym śpiewem. Stanisława nacisnęła dzwonek.
Drzwi otworzyły się natychmiast. Weronika, ale jakaś *inna* — włosy w nieładzie, policzki różowe, w dłoni kieliszek z czymś musującym. Czerwona sukienka, której Stanisława nigdy u niej nie widziała.
— Ojej! — zawołała Weronika, rozchylając drzwi szerzej. — Sąsiadki! Wpadajcie, właśnie zaczynamy!
— Co świętujecie? — Stanisława spojrzała przez ramię sąsiadki.
Mieszkanie wypełniali obcy — kobiet i mężczyzn ze dwadzieścia. Stół uginał się pod tortem, zakąskami, butelkami szampana.
— Jaka różnica! — machnęła ręką Weronika. — Życie to święto! Wchodźcie!
— Kto to wszyscy? — nie ustępowała Helena.
— Przyjaciele! — Weronika roześmiała się, jakby to było oczywiste. — Prawdziwi, sprawdzeni!
Głos z głębi mieszkania:
— Wera! Toast na ciebie czeka!
— Już idę! — odwróciła się. — Dziewczyny, wpadnijcie później! Albo ja do was zajrzę!
Drzwi zatrzasnęły się.
— Coś mi śmierdzi, — mruknęła Helena. — Nasza cicha Weronka i nagle taka impra? A ten jeden facet wyglądał jak gangster z „Psów”.
— Może zakochała się?
— W pięćdziesiątce? Daj spokój!
Stanisława chciała przypomnieć, że miłość nie zna metryki, ale muzyka zagłuszyła resztę.
Następnego ranka obudziła ją cisza. Niepokojąca, po wczorajszym rauszu. W korytarzu spotkała Helenę.
— Wyspała się pani? — zaczepiła ta kąśliwie. — Ja całą noc przewracałam się. A rano pod blokiem — same luksusowe auta. Teraz zniknęły.
— Goście odjechali.
— Właśnie. Kim byli? I co naszej Weronice odbiło?
W sklepie Stanisława natknęła się na Weronikę — znów w szarym płaszczyku, z torbą najtańszych parówek.
— Wera! Jak impreza? — krzyknęła przez pół sklepu.
Weronika odwróciła się. Stanisława cofnęła się o krok — twarz sąsiadki była szara, oczy podpuchnięte.
— Jaka impreza? — szepnęła.
— No, wczoraj… goście, muzyka…
— A, tamto. — Weronika odwróciła wzrok. — Pomyłka. Złe mieszkanie.
— Jak to? *Ty* nas zapraszałaś!
— Nie pamiętam. Może ci się śniło.
Wypchnęła wózek, uciekając między półki.
Wieczorem Stanisława zapukała. Weronika otworzyła po długim szarpaniu zamkiem.
— Wejść? — zapytała Stanisława.
— Lepiej nie… — Weronika zawahała się. — Bałagan po… sprzątaniu.
— Co się stało? Jesteś jakaś nieswoja.
W końcu wpuściła.
Mieszkanie wyglądało jak po bitwie — kubki, potłuczone szkło, zaschnięty tort. I ten zapach — obcych perfum, papierosów, których Weronika nie paliła.
— Wytłumacz mi to.
Weronika osunęła się na fotel.
— Wczoraj wracam z pracy… a oni już tu są.
— Kto?
— Nieznajomi. Siedzą przy *moim* stole. Jakiś elegancki pan podchodzi: „Weroniko! Nareszcie!”
— I co?
— Co miałam robić? Myślałam… może zapomniałam? Wiek… A oni tacy serdeczni! Znali *wszystko* — o pracy, rodzicach, nawet o Bazylim!
— O twoim kocie? Przecież zdechł rok temu…
— Właśnie! — Weronika zakryła twarz. — Myślałam… może anioły? Mama mówiła, że zjawiają się incognito…
Stanisława milczała.
— A rano?
— Zniknęli. Tylko to zostawili. — Wskazała bałagan. — I notkę.
Podniosła zmięty papier: *„Dziękujemy za gościnę. Wrócimy.”* Podpis nieczytelny.
— Coś zginęło?
— Wręcz przeciwnie. — Weronika się zarumieniła. — Lodówka pełna, a w torebce… 5 tysięcy złotych.
Stanisława przełknęła ślinę.
— Skąd?
— Nie wiem! Myślałam, że do emerytury ledwo starczy na chleb…
Za oknem robiło się ciemno.
— Wera… a jeśli wrócą? — zapytała wreszcie Stanisława.
Weronika spojrzała gdzieś poza nią.
— Wiesz… wczoraj, po latach, poczułam się *ważna*. Słuchali mnie. Tańczyłam. Nie wiem, kim są… ale jeśli to oszustwo — niech biorą, co chcą. *Byłam szczęśliwa.*
Stanisława ugryzła wargę.
— Następnym razem zostanę z tobą.
Weronika uśmiechnęła się po raz pierwszy od tygodni.
— Dziękuję.
*Refleksja końcowa:* Czasem strach przed samotnością jest gorszy niż strach przed obcymi. I dziś, patrząc na Weronikę, zrozumiałem, że każdy z nas ma swoją cenę za odrobinęWeronika wyciągnęła rękę do klamki, ale w ostatniej chwili Stanisława zauważyła, że za drzwiami nie było żadnych cieni, tylko głęboka, nienaturalna czerń, jakby mieszkanie przestało istnieć.



