Szczęście w zasięgu ręki

Szczęście na dłoni

Weronika przyglądała się swojemu odbiciu w lustrze: pociągła twarz, duży zadarty nos, wąskie usta, a oczy – zimne, jasnoszare. Musiała być tą brzydką córką losu. Tylko włosy lubiła – czarne, gęste. Nosiła długą grzywkę, sięgającą aż do oczu.

— Jesteś podobna do ojca. A on był przystojny, inaczej bym się w nim nie zakochała. Tatarskie korzenie — uspokajała ją matka. — Jak dorośniesz, zrozumiesz, że masz wyrafinowaną urodę. Nie wszyscy to docenią, oczywiście.

Ojca Weronika nie pamiętała. Odszedł, gdy miała niecałe dwa lata. Za to pamiętała wujka Jacka – wesołego gadułę z czerwonymi policzkami. Podrzucał ją do góry i śmiał się. Zawsze przychodził z batonikami, pierniczkami albo jakąś tanio wyglądającą zabawką. Jako dziecko uwielbiała wdrapywać mu się na kolana i wdychać jego zapach. Matka mawiała później, że to woń drogich papierosów i koniaku. Przy nim wydawała się szczęśliwa i rozluźniona. Do dziś Weronika pamiętała tę woń i uważała ją za zapach prawdziwego mężczyzny.

Gdy podrosła, spytała matkę, dlaczego nie wzięli ślubu.

— Był żonaty. Ma syna — w głosie matki, nawet po tylu latach, czuć było żal.

Potem był wujek Wiesław. Ale to Weronika sama go wyrzuciła. Pachniał skarpetami i benzyną. Był niski, chudy, z ziemniaczanym nosem i obwisłą dolną wargą, przez co usta miał ciągle półotwarte. Opadające kąciki oczu nadawały jego twarzy smutny wyraz. Rzadko się uśmiechał. Zawsze przychodził z butelką wina albo wódki i czekoladą.

— Jak można jeść kolację bez wina? Na poprawę humoru po ciężkim dniu — tłumaczył, widząc niezadowolone spojrzenie dwunastoletniej Weroniki.

Matka początkowo piła niewiele, ale z czasem się uzależniła. Sama zaczęła kupować butelkę na kolację. Jeśli wujek Wiesław nie przychodził, piła sama i płakała w kuchni. Weronika nie była już dzieckiem – rozumiała, że jeśli tak dalej pójdzie, matka się rozalkoholizuje i będzie źle wszystkim.

Pewnego dnia, gdy matki nie było w domu, usiadła przy wujku Wiesławie i spytała wprost:

— Wujku, jesteś żonaty?

Zmieszał się, szybko zamrugał.

— Skąd wiesz? — spytał.

— Wyjdź stąd teraz — powiedziała ostro Weronika.

— O co ci chodzi, smarkulo? Przyszedłem do twojej matki, nie do ciebie.

— A więc i do mnie. A ty mi się nie podobasz. Albo wyjdziesz, albo powiem wszystko twojej żonie — rzekła, marszcząc brwi.

Nie wiadomo, czy się przestraszył, ale Weronika więcej go nie widziała. Matka płakała, piła i czekała.

— Koniec. Jeśli nie przestaniesz pić, wyprowadzę się, słyszysz? — zagroziła Weronika, odebrała butelkę i wylała do zlewu.

Matka szlochała, oskarżała córkę, że to przez nią nie mogła ułożyć sobie życia. Ale przestała pić. Kiedyś była ognistą pięknością, która przyciągała mężczyzn. Z wiekiem uroda zbladła, gęste włosy przerzedziły się i posiwiały. Mężczyźni pojawiali się u nich w domu coraz rzadziej, ku uciesze Weroniki, aż w końcu zupełnie zniknęli.

Po szkole Weronika dostała się na pedagogikę.

— Z twoim wyglądem — w sam raz — powiedziała kiedyś złośliwie matka.

Z Krzysztofem poznała się na studenckim festiwalu. Od razu zaczął się nią opiekować. Było z nim łatwo, ciekawie, bezpiecznie. Nie śpieszył się, nie próbował jej pocałować. Weronika przyzwyczaiła się, że zawsze jest obok.

Na drugim roku, zmieszany, oświadczył się jej. Odpowiedziała, że jeszcze za wcześnie na małżeństwo.

— I źle. Z twoim wyglądem i charakterem trudno ci będzie znaleźć męża. Zgódź się, bo zostaniesz starą panną — wzdychała matka. — Spokojny, nie pije, z dobrej rodziny… Czego chcesz więcej? Nie bądź głupia.

Więc się zgodziła. Po skromnym weselu zamieszkali u Krzysztofa, w małym mieszkaniu z maleńką kuchnią, ciasnym przedpokojem i cienkimi ścianami. Dwa lata wcześniej jego ojciec zmarł na zawał, a Krzysztof nie chciał zostawić matki samej.

Nocami Weronika nie mogła się rozluźnić, wiedząc, że za ścianą śpi jego matka i wszystko słyszy. Dlatego robili wszystko szybko i cicho. W takich warunkach nawet nie myślała o dzieciach. Rano unikała jego spojrzeń.

Matka była królową ciasnej kuchni i wszystkim to odpowiadało. Gdy Weronika chciała pomóc, słyszała, że w takim tłoku dwie kobiety tylko sobie przeszkadzają.

Pieniędzy brakowało. Z dwóch stypendiów i emerytury matki nie dało się żyć. Krzysztof zatrudnił się jako ochroniarz, pracował dwie noce, dwie wolne. Weronika marzyła, że po studiach pojadą do Warszawy zarabiać. Ale Krzysztof stanowczo odmówił. Nie chciał zostawiać matki.

Nawet gdy matka wyjeżdżała do siostry, ich nocne zwyczaje się nie zmieniały – wszystko odbywało się w pośpiechu.

— Weźmy kredyt na mieszkanie — prosiła. — Nawet jeśli codziennie będziesz jeździł do matki, ale żyjmy osobno.

— I całą wypłatę oddamy bankowi? A z czego żyć? Poczekajmy — powtarzał Krzysztof.

Pewnego dnia wysłano ją na konferencję do Krakowa. Cieszyła się z przerwy od lekcji, męża, ciasnego mieszkania… Na sali było mało mężczyzn, a kobiety rzucały na nich łakome spojrzenia. Szczególnie wyróżniał się przystojny Bartosz Kowalski. Gdy się pojawiał, panie prostowały się, poprawiały fryzury, uśmiechały szeroko. Weronika, najmłodsza na sali, śmiała się z ich sztuczek.

Pewnego dnia, znudzona nudnym wykładem, wyszła na korytarz. Bartosz podszedł i zaproponował spacer po mieście. Zgodziła się. Wczesną wiosną śnieg już topniał, po Wiśle płynęły wzburzone fale.

— Krakowska pogoda kapryśna jak kobieta — rzucił banałem.

Tego dnia na konferencję nie wrócili. Jechali jego samochodem po historycznych miejscach. W aucie wszystko się wydarzyło. Było ciasno, niewygodnie, gorącoPo powrocie do pokoju hotelowego, Weronika spojrzała w lustro i zrozumiała, że prawdziwe szczęście nigdy nie było w wielkim mieście ani w cudzych ramionach, lecz w tym, co zostawiła za sobą – w domu, który miał jej ciasne ściany, ale i ciepło, na które dopiero teraz potrafiła spojrzeć z wdzięcznością.

Rate article
Fajna Tajna
Szczęście w zasięgu ręki