Wuja Szymka Bartek od razu nie polubił, a nawet więcej – znienawidził go od pierwszego wejrzenia.
Mama, nerwowo splatając palce, powiedziała pewnego wieczoru swojemu ośmioletniemu synowi:
– Bartku, poznaj wujka Szymka. Razem pracujemy, a teraz postanowiliśmy też zamieszkać razem.
Bartek zmarszczył brwi, nie rozumiejąc. Co to miało znaczyć? Ten obcy człowiek będzie teraz z nimi mieszkać?
– A tata? – warknął, zerkając spode łba na wujka Szymka, który stał przy drzwiach.
– Bartek, nie zaczynaj! – Mama zrobiła się jeszcze bardziej nerwowa i podniosła głos.
– Tata wróci! Na pewno wróci! Nie potrzebujemy ciebie! – krzyknął Bartek do obcego mężczyzny. Łzy polały mu się z oczu, a on sam rzucił się do swojego pokoju.
– Bartku, synku. Ile razy ci tłumaczyłam? Twój tata nas zostawił. Mnie i ciebie. Już nie wróci. Nigdy. A wujek Szymek – to dobry człowiek. Zobaczysz, będzie się o nas troszczył, zaprzyjaźnicie się. – Mama usiadła obok Bartka, który leżał twarzą do ściany. Gładziła go po głowie i ramionach, mówiąc cicho i łagodnie, ale chłopiec nie odwracał się. Nie wierzył mamie i nie chciał jej słuchać. Tata zawsze wyjeżdżał na długo, swoją wielką ciężarówką, ale zawsze wracał. Wesoły, z prezentami dla Bartka i mamy. Już od bramy wołał: „No, przyjmujcie! Zobaczcie, kto wrócił!”, a Bartek biegł do niego z rozłożonymi ramionami: „Tato, tato! A co mi przywiozłeś?” Zanim tata wyjechał tym razem, długo rozmawiał z mamą w kuchni. Mama szlochała, a on powtarzał: „Kasiu, nie rób scen, wiedziałaś, że mam rodzinę. Muszę o nich myśleć.” Bartek miał wtedy sześć lat i nie rozumiał, dlaczego mama płacze – przecież tata mówił o nich, o ich rodzinie, o nim i mamie. Nie mogło być przecież żadnej innej rodziny. Bartek zasnął, a rano, gdy się obudził, taty już nie było. „Kiedy wróci?” – zapytał mamę, która tego ranka była zamyślona i często wzdychała. Nie uwierzył, gdy wytłumaczyła mu, że tata już nigdy nie wróci. Że ma inną żonę, inne dzieci, a oni – Bartek i mama – są mu już niepotrzebni. Bartek wtedy wściekł się na mamę, płakał i krzyczał, że kłamie, że tata go kocha i na pewno wróci. Czekał długo, ale tata nie przyjeżdżał. Mama tylko syczała, gdy pytał o ojca. A teraz w ich domu pojawił się ten wujek Szymek.
Mama wyszła. Bartek usłyszał, jak w kuchni wujek Szymek powiedział:
– Kasia, nie trzeba było tak. Trzeba go było jakoś przygotować.
– Nic się nie stało. Przyzwyczai się. Wszystko się ułoży. – Odcięła mama.
Rano przy śniadaniu wujek Szymek siedział z nimi. Chwalił jajecznicę smażoną na smalcu, jakby to było coś niezwykłego. Mama się uśmiechała, nalewając mu gorącej herbaty.
– Bartek, chcesz, żebym cię zawiózł do szkoły? Możesz nawet poprowadzić – zaproponował wujek Szymek.
– Sam pójdę. – Burknął chłopiec. Tata też pozwalał mu siadać za kierownicą swojej ciężarówki, choć była zgaszona i nigdzie nie jechała. Bartkowi podobało się kręcenie kierownicą, naciskanie różnych przycisków, wyobrażanie sobie, że jedzie gdzieś daleko. Ale od tego wujka Szymka nie chciał niczego.
Wujek Szymek nie nalegał, a mama nie skarciła syna za chamstwo. Bartek już dawno przyzwyczaił się chodzić do szkoły sam – mama pracowała w fabryce w pobliskim miasteczku i, spiesząc się na autobus, krzyczała już z progu: „Bartek, wstawaj! Śniadanie na stole!” Wspólne śniadania mieli tylko w weekendy. Mimo że Bartek był zły na wujka Szymka, zaczął się zastanawiać, jaki on ma samochód. Pewnie taki sam zdezelowany fiat, jak u dziadka Zdzisława, który odpalał go raz w miesiącu, żeby pojechać na targ do miasta. Ale nie – wujek Szymek miał piękne, srebrne auto, do którego wsiedli z mamą i odjechali w stronę miasta. Mama pomachała synowi, a wujek Szymek zatrąbił. Bartek nie odpowiedział na pożegnanie, tylko zmarszczył czoło i ruszył w przeciwną stronę.
Dwa domy dalej na ławce czekał na niego kumpel Mirek.
– No, masz pecha. Teraz zacznie cię wychowywać. – Westchnął Mirek, drapiąc się po głowie. To było odruchowe, bo przypomniał sobie swojego ojczyma. Wujek Grześ mieszkał z nimi od czterech lat. Pił, krzyczał na Mirka i często dawał mu w kark, bez powodu. Mama go nie broniła – sama często piła razem z mężem i uważała, że mężczyzna lepiej wie, jak wychowywać przyszłego mężczyznę. Bartek wyobraził sobie, że wujek Szymek może być taki sam, i zrobił się jeszcze bardziej ponury.
Ale obawy Bartka okazały się niepotrzebne. Wujek Szymek nie pił. Po pracy i w weekendy coś naprawiał, gwizdając przy tym. Zawsze prosił Bartka o pomoc, ale chłopiec mruczał:
– Nie trzeba mi tego. – I odchodził, a potem ukradkiem obserwował, jak wujek Szymek sprawnie wszystko naprawiał. Dom i podwórko powoli się zmieniały. Mama coraz częściej się śmiała, a Bartek wciąż się złościł. Ukrywał narzędzia i gwoździe, czekając, aż wujek Szymek się wścieknie. Ale ten tylko się uśmiechał i mówił: „Skrzat, skrzat, pobaw się, ale oddaj”, mrugając do Bartka. I zawsze znajdował, czego szukał.
Wieczorem przy kolacji wujek Szymek pytał Bartka o szkołę, czy potrzebuje pomocy w lekcjach.
– Wszystko w porządku. Sam dam radę. – Odpowiadał niechętnie Bartek.
Pewnego dnia Bartek i Mirek pobili się z chłopakami z piątej klasy. Nie było poważnej przyczyny, szybko się pogodzili, ale Bartek zdążył dostać siniaka pod okiem.
– Bartku, może chcesz o tym porozmawiać? – zapytał wujek Szymek poważnie, bez uśmiechu.
– Nic mi od ciebie nie trzeba. – Warknął Bartek i wyszedł od stołu.
Nazajutrz chłopiec wsypał sól do herbaty wujka Szymka. Z głupoty, ze złości. Wujek zawsze pił herbatę bez cukru, więcBartek spojrzał w oczy wujka Szymka i nagle zrozumiał, że to właśnie on jest jego prawdziwym tatą – nie tym, który odszedł, ale tym, który zawsze został.



