Zanim odejdę na zawsze…

Dzisiaj zapisuję tę historię, która mocno mną wstrząsnęła.

Przed odejściem i niepowrotem…

Kazimierz wyszedł z dworcowego budynku na peron, lekko pochylony pod ciężarem dużej torby sportowej z napisem Adidas przewieszonej przez ramię. Krople potu błyszczały na jego skroniach. Rozejrzał się po peronie. Wzdłuż ściany ciągnęły się ławki zajęte przez pasażerów oczekujących na pociąg lub na kogoś. Na jednej z nich siedział starszy mężczyzna w szarym płaszczu i kapeluszu. To do niego skierował się Kazimierz.

Postawił torbę na środku ławki, wyjął z kurtki pomiętą chusteczkę i otarł twarz. Dopiero wtedy usiadł, ciężko wzdychając. Obok peronu przeleciał pędzący pociąg, nie zatrzymując się. Powiew gorącego powietrza, pachnącego podkładami i kurzem, musnął twarz Kazimierza, poruszając jego krótkie włosy.

Śledził wzrokiem oddalające się wagony, oparł się o oparcie ławki, kładąc dłoń na torbie. Ludzie na peronie znów zaczęli rozmawiać, przerywając milczenie, które zapanowało na czas przejazdu pociągu.

— Ekspres numer… przybywa… Wagony numerowane od przodu składu — niewyraźnie zaskrzeczał głos z głośników.

— Słyszał pan, który to pociąg? — zapytał staruszek, zwracając się do Kazimierza.

Ten pokręcił głową i wzruszył ramionami. Staruszek skinął i spojrzał na zegarek.

— Trzeci raz już ogłaszają przyjazd, a go jak nie ma, tak nie ma — westchnął. — Dlaczego na dworcach zawsze tak bełkocą w głośnikach?

Kazimierz milczał, unikając rozmowy.

— Wyjeżdża pan? — nie ustępował staruszek. — Widać, że dużo pakował. Torba ciężka.

— A pan to jakiś Herkules Poirot — burknął Kazimierz. — A skoro nie ma pan bagażu, to znaczy, że kogoś pan wita.

— Właśnie tak — ucieszył się staruszek. — Syna witać przyjechałem — dodał z dumą.

— A ja od syna uciekam — wymknęło się Kazimierzowi mimowoli.

— No cóż… życie — westchnął staruszek. — Ucieka pan, ale od siebie się nie ucieknie. Swoje problemy wozi się ze sobą. — Skinął głową w stronę torby.

Kazimierz zmierzył go zirytowanym spojrzeniem i odwrócił się.

— Ja też tak uciekłem czterdzieści lat temu. Synek miał wtedy jedenaście lat. Nie widziałem go przez wszystkie te lata. Jestem zdenerwowany.

Spokojny głos staruszka nie pasował do jego wzruszenia.

— Po panu tego nie widać — mruknął Kazimierz, licząc, że tamten nie usłyszy.

— Jestem zdenerwowany — powtórzył staruszek. — Tylko w moim wieku trzeba oszczędzać emocje. Każda — smutek czy radość — może człowieka zabić.

— Za granicą mieszkał? — Kazimierz nagle ucieszył się, że może mówić o kimś innym, nie o sobie.

Sam nie zauważył, jak z błahej uwagi żony o jego późnym powrocie rozgorzała kłótnia. Słowo za słowem, zaczęli krzyczeć, rzucać oskarżenia. W końcu Jadwiga oskarżyła go o zdradę, choć nie było ku temu podstaw. Słusznie mówią: wypowiedziane słowo to jak wróbel — raz wypuszczone, nie da się złapać.

Mógł przemilczeć lub zażartować, ale złapał torbę, wrzucił do niej pierwsze lepsze rzeczy, trzasnął drzwiami i pojechał na dworzec. Dopiero teraz, przy słowach staruszka o synu, przypomniał sobie o Piotrusiu.

Głos starca wyrwał go z zamyślenia.

— Żona moja była gospodarna. Nie piękność, ale porządna kobieta. Nigdy nie myślałem, że stracę głowę i zostawię ją i syna. A jednak…

Kazimierz zrozumiał, że staruszek próbuje mu coś wyjaśnić.

— Miałem atak przepukliny. Od dawna dokuczała mi, ale tym razem ból w pachwinie był nie do zniesienia. Natalia, moja żona, wysłała mnie do szpitala. Od razu zabrali na operację.

Leżałem na oddziale, odchodząc od narkozy, gdy weszła ona. Cała w bieli, z niebieskimi jak niebo oczami. Anioł. I tak samo piękna. Nawet imię miała anielskie — Aniela.

Podeszła ze strzykawką. Dotknęła mnie delikatnymi palcami, aż mnie zatrzęsło. Zakochałem się od pierwszego wejrzenia. W noc przed wyjściem nie spałem, myśląc, jak zostać dłużej. Chciałem nawet złamać nogę.

Tuż przed wypisem wyznałem jej miłość. Myślałem, że mnie odtrąci, a ona dała numer telefonu. Nie wytrzymałem dwóch dni, zadzwoniłem, gdy żona była w pracy.

Spotkaliśmy się pod szpitalem, wręczyłem jej kwiaty, odprowadziłem do domu. W młodości byłem przystojniakiem. To nie była miłość, ale jakieś zaślepienie. Już miałem z nią zerwać, gdy nagle zaszła w ciążę.

No cóż — pomyślałem — trudno. Syn duży, a to dziecko bez ojca? Wróciłem do domu i wszystko wyznałem Natalii. Płakała, oczywiście. Podobnie jak pan, spakowałem rzeczy i poszedłem do Anieli. Tylko torba mniejsza była.

Rozwiodłem się z żoną, ale z Anielą nie zdążyłem się ożenić. Coś poszło nie tak podczas porodu. Zmarła. Jej rodzice przyjechali, obwiniali mnie. Sam też tak myślałem — gdyby nie zaszła w ciążę, żyłaby do dziś. Taki los. — Staruszek westchnął. — Córkę zabrali jej rodzice. Nawet mi nie pokazali.

— Mówił pan, że syna nie widział pan już nigdy. Żona nie wybaczyła? — spytał Kazimierz.

— Nie wybaczyła. Czy można wybaczyć coś takiego? Obwiniałem się. Nie chciałem żyć. Ganiłem innych mężczyzn za brak opanowania, a sam… — machnął ręką. — Wyjechałem na Północ. Liczyłem, że zamarznę. Wyobrażałem sobie, jak Natalia płacze na moim grobie, żałuje mnie. Ale mróz, wódka, burze — nic mnie nie wzięło. Prawie wszystkie pieniądze wysyłałem żonie i synowi.

— Zwracała je?

— Za każdym razem. Taka już była, moja Natalia. Raz dołączyła krótką notatkę, że wyszła za mąż. Uzbierałem na Północy trochę grosza, kupiłem mieszkanie w Bydgoszczy. Nie szukałem syna. Wstyd. To on mnie znalazł. Napisał niedawno, że Natalia umarła…

W głośnikach coś zaskrzeczało i ochrypły głos znów ogłosił przyjazd pociągu.W drzwiach stanęła Jadwiga z Piotrusiem za rękę, a Kazimierz zrozumiał, że najważniejsze są właśnie te dwie osoby, które stoją przed nim i na które jeszcze nigdy nie jest za późno.

Rate article
Fajna Tajna
Zanim odejdę na zawsze…