Anna nie słyszała szumu kół wózka po szpitalnym linoleum ani pośpiesznych kroków. Jej głowa lekko kołysała się w rytm jazdy. Nie widziała migających świetlówek nad sobą, nie słyszała krzyku Jacka: „Aniu! Aniu!”. Nie dostrzegła, jak lekarz zastąpił mu drogę.
– Tam nie można. Proszę czekać.
Jacek usiadł na połączonych krzesłach pod drzwiami oddziału intensywnej terapii, oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w dłoniach. Nic z tego nie widziała. Płynęła w świetlistym strumieniu, pragnąc tylko jednego – by ten lot się skończył i nastał spokój.
***
Grała w krótkiej, zabawnej scence na akademickim wieczorku z okazji Dnia Kobiet. Wcieliła się w studentkę, która przyszła na egzamin nieprzygotowana i próbowała wybrnąć z sytuacji. Sala śmiała się i biła brawo. Potem były tańce, i Jacek ją zaprosił.
– Grałaś świetnie, jak prawdziwa aktorka – powiedział szczerze, patrząc na nią z zachwytem.
– Wcale nie miałam grać. Kasia w ostatniej chwili się wystraszyła i uciekła. Tak się denerwowałam, że zapomniałam tekstu, improwizowałam. Trzęsłam się ze strachu. – Oczy Anny wciąż błyszczały z emocji.
– Nic takiego nie zauważyłem. Wyszło naturalnie i zabawnie. Chyba wybrałaś zły zawód.
Odprowadził ją do akademika i nieśmiało pocałował w policzek. Sam mieszkał z rodzicami. Zaczęli się spotykać, a miesiąc później wynajęli mały pokój u starszej pani niedaleko uczelni. Jacek stoczył ciężką walkę z rodzicami. W końcu ustąpili i zgodzili się pomagać parze.
Sąsiadka ledwo słyszała, ale dla pewności puszczali muzykę głośniej. Anna wspominała ten czas jako najszczęśliwszy w życiu.
– Kocham cię – szeptał rozgrzany Jacek, leżąc obok niej.
– Nie, ja cię kocham bardziej – odpowiadała Anna, wtulając twarz w jego spoconą pierś.
– Niemożliwe! Ja jeszcze bardziej…
Z przyjemnością bawili się w tę grę. Potem marzyli, że za rok skończą studia, znajdą pracę, kupią duże mieszkanie i będą mieć dzieci – chłopca i dziewczynkę.
– Nie, najpierw dziewczynkę, potem chłopca – poprawiała Anna.
– A potem kolejnego chłopca – dodawał Jacek, całując ją.
Wierzyli, że nikt nigdy nie kochał tak mocno jak oni.
Koledzy im zazdrościli, a wykładowcy uśmiechali się pobłażliwie, wspominając własną młodość. Ile takich par widzieli, sami kiedyś tacy byli, a teraz starzy, wykładając studentom podstawy medycyny.
Po studiach Jacek i Anna dwa lata pracowali w miejskiej poradni stomatologicznej, potem przeszli do prywatnej kliniki prowadzonej przez przyjaciela ojca Jacka. Dwa lata później otworzył kolejny gabinet i mianował Jacka kierownikiem.
Zarabiali dobrze. Rodzice dołożyli się do mieszkania. Jak planowali, Anna urodziła najpierw córkę, a trzy lata później, nie wychodząc z urlopu macierzyńskiego, syna.
Babcia i dziadek często zabierali wnuki na weekendy, dając Annie i Jackowi czas dla siebie. Szczęśliwa, atrakcyjna rodzina. Czego więcej pragnąć?
Gdy syn podrósł, Anna chciała wrócić do pracy. Nudziło jej się w domu, bała się, że zapomni fachu.
– Po co? Mam dobrą pensję. Zajmuj się dziećmi – nagle zaprotestował Jacek. – Na świat jeszcze jednego syna. Damy radę. Rodzice kochają wnuki, pomogą.
Ale tym razem Anna nie mogła zajść w ciążę. Myślała, że to jej wina, chodziła po lekarzach, którzy nie znajdowali problemów.
– Nie dramatyzuj. Gdybyśmy nie mieli dzieci, rozumiałbym. Ale mamy dwoje. I jakie! Nie ma powodu do zmartwień – przekonywał Jacek.
Uspokoiła się, ale znów zaczęła nalegać na pracę.
– Nie bierz tego źle, ale nie przyjmę cię do mojej kliniki – oznajmił niespodziewanie Jacek. – Po pierwsze, to nieprofesjonalne, gdy małżonkowie pracują razem. Po drugie, siedem lat przerwy, zapomniałaś praktyki. Nikt cię nie zatrudni.
I w tej idealnej rodzinie zaczęły się kłótnie. Anna zajmowała się domem i dziećmi. Gdy te wyjeżdżały do dziadków, wpadała w rozpacz z nadmiaru wolnego czasu. Pewnego dnia napiła się wina, by poprawić humor. Stała się lżejsza, niepokój zniknął. Zasnęła na kanapie, nie doczekawszy się męża. Rano zrozumiała, że nie wrócił do domu. Jacek odebrał po trzecim sygnale.
– Nie byłeś w nocy… – zaczęła.
– Byłem, ale byłaś pijana i nie zauważyłaś. – W jego głosie usłyszała irytację i, jak jej się wydawało, obrzydzenie.
– Wypiłam kieliszek wina. Co mam robić? Nie pozwalasz mi pracować, dzieci są u twoich rodziców…
– Zaraz ich przywiozą. Muszę iść – przerwał i rozłączył się.
Anna rzuciła telefon o ścianę, patrząc, jak rozpada się na kawałki.
Kiedy to się zaczęło? Przecież było tak dobrze, idealnie. Kiedy ich związek pękł, życie rozsypało się jak telefon? Chodziła po mieszkaniu, przekładając rzeczy. Chciała się napić, ale nie mogła. Zaraz przywiozą Oliwię i Kacpra. Nikt nie powinien jej widzieć pijaną, zwłaszcza teściowie. Ale czas mijał, ściemniło się, telefon był zniszczony, nie mogła zadzwonić. Znów się napiła i zasnęła w salonie.
Usłyszała, jak Jacek wraca, i wyszła mu naprzeciw. Zaskoczył ją jego wypoczęty wygląd. Przy nim wyglądała na zaniedbaną.
– Świetnie wyglądasz. Nie jak po dwóch dobach pracy czy drzemce w gabinecie. I koszula świeża. Nie pamiętam tej – powiedziała, obserwując jego reakcję.
Zignorował jej słowa. Anna, jakby ktoś ją popchnął, spytała nagle:
– Masz inną? Dlaczego od razu nie domyśliłam się? Nie pozwalałeś mi pracować, bym nic nie widziała? – zapytała.
– Nie mów głupstw. Znowu piłaś?
– Kieliszek wina, a ty już uważasz mnie za alkoholiczkę… – Jej złość rosła.
Słowo pociągnęło słowo, wybuchła kłótnia. Gdy Jacek przyznał, że ma inną kobietę, że nie chce wracać do domu, nie chce jej widzieć, Anna nie wytrzymała i uderzyła go w twarz. On zamachnął się na nią.
– Bij, zabij mnie. Cały establishment u ciebie leczy zęby. Unikniesz kary. Ożeń się z tą swoją…
Nie zrozumiała nawet, co się stało. Od jego cAnna spojrzała w jego oczy, w których zobaczyła zarówno strach, jak i nadzieję, i wtedy zrozumiała, że najtrudniejsze decyzje zawsze wymagają czasu i odwagi, by wybaczyć – sobie i jemu.



