Zostało jeszcze około stu kilometrów do drogi, gdy reflektory samochodu oświetliły stojący na pobocie czerwony samochód z otwartą maską. Obok machał rękami. Zatrzymać się na pustej drodze w nocy to szczyt lekkomyślności. Ale niebo na wschodzie już jaśniało przed świtem, a do tego zostało tak niewiele. Bartosz zatrzymał auto i wysiadł. Zanim zrobił kilka kroków, silne uderzenie w tył głowy zwaliło go z nóg.
Ocknął się, gdy czyjeś ręce przeszukiwały jego kieszenie. Spróbował się podnieść, ale czyjeś ciężkie ciało przygniotło go do ziemi. Pewnie napastników było kilku, bo w bok wbiło się mu czyjeś butowe noski. Wył z bólu.
Natychmiast posypały się na niego ciosy. Kopali nogami. Bartosz skulił się, przycisnąc kolana do klatki piersiowej, osłaniając głowę rękami. Uderzenie w żebra przeszyło go ostrym bólem, i stracił przytomność.
Gdy się ocknął, usłyszał ciche skomlenie. Myślał, że to on jęczy. Ale już go nie bili. Poruszył się i mokry nos wetknął mu się w policzek. Bartosz otworzył oczy i zobaczył nad sobą czujny, wpatrzony w niego pysk psa. Spróbował wstal, ale ostry ból w boku ścisnął mu oddech. „Złamane żebro” – zrozumiał. Myśli poruszały się ciężko, jakby głowę miał wypchaną watą. A pies znowu zaskomlał.
Kiedy ocknął się następnym razem, poczuł, że jedzie samochodem – słyszał mruk silnika, a jego ciało kołysało się na nierównościach drogi.
“Obudził się. Miasto już blisko, wytrzymaj, chłopcze.” – Usłyszał głos, którego nie umiał przypisać ani mężczyźnie, ani kobiecie.
Nie miał siły otworzyć ciężkich powiek. I nie chciał. Zmęczenie ciągnęło go w niepamięć. Wyrwał się z niej od nagłego wstrząsu. Teraz go gdzieś nieśli. Otworzył oczy i natychmiast przymrużył je od rażącego światła. Głowa rozsadzała go od bólu.
“Przyszedł do siebie.” – Usłyszał głos dziewczyny.
Bartosz znów otworzył oczy. W migrującym świetle lamp rozmyślała się czyjaś twarz. Zawrótło mu w głowie i zrobiło mu się niedobrze. Nagle zmęczenie znów go zmogło. Ktoś pochylił się nad nim – był wyraźniejszy. Starszy mężczyzna z siwą, szpiczastą brodą przyglądał mu się uważnie.
“Jak się nazywasz, młody człowieku? Pamiętasz, co się stało?” – Głos dobiegał jakby z oddali.
“Bartosz Nowak. Zostałem…” – Ledwo poruszył posiniętymi, posłusznymi ustami, ale go zrozumieli.
“Tak. Dobrze cię przetrzepili.”
“Samochód…” – wyjąkał Bartosz. Każdy oddech wbierał mu w bok nóż.
“Nie było przy tobie żadnego auta. Tylko pies. On cię uratował. Odpocznij, lepiej się prześpij.” – powiedział staruszek, a Bartosz natychmiast usłuchał i zasnął.
Gdy się obudził, głowa bolała mniej, myśli były jaśniejsze. Słyszał przyciszone rozmowy.
“Ocknął się. Bardzo dobrze. Słyszysz mnie? Jestem kapitan Kowalski z policji. Możesz mówić? Mam kilka pytań.”
Bartosz słyszał i chyba nawet opowiedział, jak zatrzymał się na drodze, jak go bili, podał numer swojego samochodu…
“To twój pies?”
“Nie mam psa.” – odpowiedział zdziwiony.
“Ale kierowca, który wezwałą karetkę, mówił, że pies wybiegł z lasu prosty pod koła. Zatrzymał się, a pies zaprowadził go do jaru, gdzie leżeliście. Z drogi nie było was widać. Gdyby nie on, leżałbyś tam pewnie do teraz. No dobrze. Podpisz.” – Przed twarzą Bartosza pojawił się zapisany papier, wsunięto mu długopis w palce. Podpisał się i opadł bezwładnie na łóżko.
“Co ze mną?” – wyszeptał.
“Żyjesz, a to najważniejsze. Masz dwa złamane żebra, rozbitą głowę, siniaki i otarcia.”
“To wszystko. Już do dzisiaj dosyć. Jest wyczerpany. Wpadnij jutro, jak mu się poprawi.” – powiedział znajomy głos.
I rzeczywiście, Bartosz poczuł skrajne zmęczenie. Zasnął.
Obudził się w ciemności. Na suficie tańcowały cienie liści. Od tego ruchu zakręciło mu się głową i zrobiło się niedobrze. Zamkną oczy, ale myśli stały się wyraźne. Przypomniał, jak zatrzymał się na drodze…
Następnym razem obudził się już rano. Przez otwarte okno wpadało słońce i słychać było radosny śpiew ptaków. Czul się znacznie lepiej.
“O, dobrze. Dasz radę wstać?” – zapytał doktor z szpiczastą brodą.
“Tak.” – Usłyszał swój głos.
“Pomogę ci. Ostrożnie. – Lekarz uciepły go pod łokieć i pomógł unieść się. – Dobrze. Nie spiesz się. Teraz usiądź. Odpocznij. Zawroty minęły? To opuść nogi. Świetnie.”
Wkrótce pokój przestał się kręcić, a Bartosz się rozejrzał. Mały pokój z blaskimi ścianami, szafka. Doktor w białym kitlu i małej czapeczce, wyglądający przez brodę jak świetlik, stał obok. Klatkę piersiową Bartosza ściskły bandaże, utrudniając głosoki oddech, ale ból był znośny.
“Dobrze. Następnym razem spróbujemy wstać.” – uśmiechnął się lekarz.
I Bartosz rzeczywiście stanął. Z każdym krokiem wracał do sił. Podeszły do okna. Przed nim rozpościerał się szpitalny park z rzadko rozstawionymi ławkami wzdłuż wąskich ścieżek.
“Widzisz? Pod tym drzewem? Tam twój pies. Czeka na ciebie.” – powiedziała pielęgniarka za jego plecami.
“Nie mam psa.”
“A myśleliśmy, że twój. Próbowaliśmy go przepędzić, ale nie odchodził, warczał. Całe dnie siedział pod oknami. Przynosiliśmy mu resztki ze stołówki. Przy nas nie jadł, dopiero jak odchodziliśmy.”
Pies siedział pod drzewem i śledził wzrokiem każdego, kto przechodził. Bartosz nie mógł stać długo, wrócił do łóżka. Dopiero następnego dnia wyszedł na dwór.
Pies go zobaczył, ale nie ruszył się. Czekał, aż Bartosz podejdzie.
“To ty mnie uratowałeś? Dzięki, przyjacielu.” – Bartosz poklepał go między uszy, zauważył, jak ogon parę razyBartosz uśmiechnął się, widząc, jak pies podniósł łapę, jakby chciał uścisnąć mu dłoń, i w tej chwili zrozumiał, że odnalazł więcej niż tylko wybawcę – znalazł przyjaciela na całe życie.



