Zbawca

Zostało jeszcze sto kilometrów do domu, gdy reflektory samochodu oświetliły czerwone auto stojące na poboczu z otwartą maską. Obok wymachiwał rękami młody mężczyzna. Zatrzymywać się nocą na pustej drodze – czyste szaleństwo. Ale niebo na wschodzie już jaśniało przed świtem, a do celu było tak blisko. Jakub zatrzymał samochód i wysiadł. Nie zdążył zrobić dwóch kroków, gdy silne uderzenie w głowę powaliło go na ziemię.

Ocknął się, gdy czyjeś ręce przeszukiwały jego kieszenie. Próbował się podnieść, ale coś ciężkiego przygniotło go do ziemi. Pewnie napastników było kilku, bo w bok Jakuba wbił się czubek buta. Zawył z dzikiego bólu.

W następnej chwili posypały się na niego ciosy. Kopali go. Jakub skulił się, przycisnął kolana do piersi, osłaniając brzuch, dłońmi zakrył głowę. Uderzenie w żebro przeszyło go takim bólem, że stracił przytomność.

Gdy otworzył oczy, usłyszał ciche skomlenie. Myślał, że to on jęczy. Nie bili go już. Poruszył się, a wtedy mokry nos dotknął jego policzka. Jakub przymknął powieki i zobaczył nad sobą czujną psią mordę. Spróbował wstać, ale ostry ból w boku odebrał mu oddech. „Złamane żebro” – pomyślał. Myśli obracały się leniwie, jakby głowę miał wypchaną watą. I znów pies zaskomlał.

Kiedy ocknął się po raz kolejny, czuł, że jedzie samochodem – słyszał warkot silnika, a jego ciało kołysało się na nierównościach drogi.

„Ocknąłeś się. Kraków już niedaleko, wytrzymaj chłopcze” – usłyszał głos i nie mógł rozpoznać, czy należał do mężczyzny, czy kobiety.

Jakub nie miał siły otworzyć ciężkich powiek. I nie chciał. Zmęczenie ciągnęło go w niepamięć. Obudził go wstrząs. Teraz gdzieś go nieśli. Przymknął oczy, oślepiony jaskrawym światłem. Czoło pulsowało bólem.

„Wraca do siebie” – usłyszał dźwięczny dziewczęcy głos.

Jakub znów spróbował otworzyć oczy. W migoczącym świetle lamp majaczyła czyjaś twarz. Zawroty głowy i nudności zmusiły go, by znów je zamknął. Ruch nagle ustał. Ktoś pochylił się nad nim – zobaczył wyraźniej. Starzec z siwą bródką w szpic patrzył na niego uważnie.

„Jak się nazywasz, młody człowieku? Pamiętasz, co się stało?” – Głos brzmiał, jakby dochodził z oddali.

„Jakub Nowak. Zaatakowali mnie…” – ledwo poruszył spuchniętymi wargami, ale zrozumiano go.

„Tak. Dobrze cię przetrzepali.”

„Samochód…” – wybełkotał Jakub. Każdy oddech wbijał w bok ostry nóż.

„Nie było przy tobie żadnego samochodu. Tylko pies. To on cię uratował. Odpocznij, lepiej się prześpij” – powiedział staruszek, a Jakub natychmiast posłusznie zapadł w sen.

Gdy się obudził, głowa bolała mniej, myślenie przychodziło łatwiej. Słyszał stłumione głowy.

„Już przytomny. To dobrze. Słyszysz mnie? Jestem kapitan Kowalski z policji. Możesz mówić? Mam parę pytań.”

Jakub słyszał i nawet, jak mu się wydawało, opowiedział, jak zatrzymał się na drodze, jak go pobili, podał numer rejestracyjny samochodu…

„To twój pies?”

„Nie mam psa” – odparł Jakub zdziwiony.

„Ale kierowca, który wezwał pogotowie, mówił, że pies wybiegł mu przed maskę, prosto pod koła. Zatrzymał się, a pies zaprowadził go do wąwozu, gdzie leżałeś. Z drogi nie było cię widać. Gdyby nie on, leżałbyś tam dalej. Dobra. Podpisz.” – Przed twarzą Jakuba pojawił się zapisany arkusz, włożono mu długopis w palce. Podpisał się i opadł bez sił na łóżko.

„Co się ze mną dzieje?” – wyszeptał.

„Żyjesz, to najważniejsze. Dwa złamane żebra, rozbita głowa, siniaki i otarcia.”

„Wystarczy na dziś. Jest zmęczony. Przyjdź jutro, gdy będzie lepiej” – powiedział znajomy głos.

Jakub znów poczuł skrajne wyczerpanie. Posłusznie zasnął.

Obudził się w ciemności. Na suficie tańczyły cienie od liści. Ich ruch sprawił, że znów zaczęło mu się kręcić w głowie i poczuł mdłości. Zamknął oczy, ale myśli stały się wyraźniejsze. Przypomniał sobie tę drogę…

Następnym razem ocknął się rano. Przez otwarte okno wpadało słońce i słychać było radosny śpiew ptaków. Czuł się znacznie lepiej.

„No i dobrze. Dasz radę wstać?” – zapytał doktor z bródką w szpic, uśmiechając się.

„Tak” – usłyszał swój głos Jakub.

„Pomogę. Ostrożnie.” – Lekarz podtrzymał go za łokieć i pomógł się unieść. – „Dobrze. Nie śpiesz się. Teraz usiądź. Odpocznij. Zawroty głowy? To opuść nogi. Świetnie.”

Wkrótce pokój przestał wirować, a Jakub rozejrzał się. Mała sala z bladoniebieskimi ścianami, nocna szafka. Doktor w białym kitlu i czapeczce, przez bródkę podobny do świętego Mikołaja, stał obok uważnie. Klatkę piersiową Jakuba ściskały bandaże, utrudniając głębszy oddech. Ale nie było już bólu.

„Dobrze. Następnym razem spróbujemy wstać” – powiedział lekarz z zadowoleniem.

Jakub rzeczywiście wstał. Z każdym krokiem wracały mu siły. Podeszł do okna. Przed nim rozciągał się szpitalny park z rzadkimi ławkami przy wąskich alejkach.

„Widzisz? Pod tym drzewem? Twój pies. Czeka na ciebie” – powiedziała pielęgniarka za jego plecami.

„Nie mam psa” – odparł Jakub, odwracając się.

„Myśleliśmy, że twój. Próbowaliśmy go przegonić, ale nie odchodzi, warczy. Siedzi pod oknami całymi dniami. Przynosiliśmy mu resztki ze stołówki. Przy nas nie ruszał. Jak tylko odeszliśmy – zjadał.”

Pies siedział pod drzewem i śledził wzrokiem każdego, kto przechodził obok. Jakub nie mógł długo stać, wrócił do łóżka. Dopiero następnego dnia wyszedł na zewnątrz.

Pies go zauważył, ale nie ruszył się. Czekał, aż Jakub sam podejdzie.

„To tyPies uniósł nagle łeb i zaszczękał zębami, jakby dostrzegł coś niewidzialnego, a wtedy Jakub zrozumiał, że ten dzień był dopiero początkiem dziwnej, nieprzewidzianej przyjaźni, która zmieni wszystko.

Rate article
Fajna Tajna
Zbawca