Marzyła o morzu…
Karolina co miesiąc odkładała część pensji na wakacje. Przez cały ostatni rok śniła o błękitnych falach. Dawno temu, jako dziecku, rodzice zabrali ją na południe, ale prawie nic nie pamiętała. Miała wtedy zaledwie trzy lata. Potem lato spędzała u babci i dziadka na wsi. Zamiast morza była tam płytka rzeczka, ale można się było kąpać do woli, aż do sinej skóry i gęsiej skórki.
W czwartej klasie rodzice wysłali ją na kolonie. Strasznie się tam nudziła – rygor i zero swobody. Kąpali się tylko raz. Na wsi wakacje były o wiele lepsze. Rodzice przyjeżdżali w każdy weekend, przywozili słodycze. Od tamtej pory Karolina więcej nie jeździła na obozy.
W jej wspomnieniach dzieciństwo było pełne białego, upalnego słońca, pisku dzieci w rzece i tęczowych błysków wody. Pamiętała zapach wodorostów i ostrej, wysuszonej trawy na brzegu. A także ciepły, jedwabisty pył na wiejskiej drodze.
Często śniło jej się, że biega po tej drodze, z opalonymi prawie na czarno stopami, grzebiąc w pyle po kostki. A naprzeciw niej idą mama i tata… Na tym miejscu zawsze się budziła z ciężko bijącym sercem.
Gdy była w ósme klasie, tata zmarł na zawał. Mama nie mogła się pogodzić z jego śmiercią, jakby zgasła. Często jeździła na cmentarz. Wracała stamtąd cicha i smutna.
Potem zachorowała. Ledwo chodziła po dom, szurając nogami, zgarbiona, jakby straciła wszystkie siły. Przestała farbować i układać włosy. Karolina często wracała ze szkoły i zastawała ją w łóżku.
— Mamo, nie wstawałaś? Jadłaś coś? — martwiła się.
— Nie chce mi się. Nie mam siły — odpowiadała matka wyschnięte usta.
Karolina gotowała, chodziła na zakupy, sprzątała, prasowała, zmuszała mamę, by choć trochę zjadła. Aż w końcu matka przestała wstawać nawet do toalety. Ani prośby, ani łzy nie pomagały. Sąsiadka zaglądała, pilnowała jej, gdy Karolina była w szkole. To ona zadzwoniła, gdy mama umarła.
Karolina nie pamiętała, jak zdawała maturę. Mama zmarła tu przed ostatnim dzwonkiem, patrząc na zdjęcie męża na ścianie. Sąsiadka pomogła z pogrzebem.
Dziewczyna poszła na zaoczne studia i znalazła pracę na uczelni. Miała okrągłą twarz, była pulchna i myślała, że jest brzydka. Próbowała różnych diet. Wytrzymywała dwa dni, a potem rzucała się na jedzenie. Pod koniec studiów pogodziła się z tym, że nigdy nie będzie chuda jak w magazynach.
Pewnie dlatego chłopaki się nią nie interesowali, choć nikt nie nazwał jej grubą. „Jak już pojadę nad morze, będę jadła tylko owoce i w końcu schudzę” — marzyła.
Szef w pracy nie dał jej urlopu latem.
— Sam pomyśl, Karolino, jesteś sama, nie masz dzieci. Kogo mam puścić: ciebie czy Natalię, która ma dwójkę? No właśnie. Napisz na wrzesień. Będzie złota jesień.
Zgodziła się. Co miała zrobić? W internecie wybrała hotel. Postanowiła lecieć samolotem – droższe, ale szybciej. Tylko pogoda musi dopisać. Kupiła kostium kąpielowy i lekką sukienkę. Na południu jeszcze kapelusz z rondem, jak w filmach. O niczym innym nie myślała. Nawet śniło jej się, że biegnie nie po piaszczystej drodze, ale po brzegu morza.
Pewnego dnia w autobusie, wracając z pracy, liczyła tygodnie do urlopu. Obok niej usiadł mężczyzna.
— Pani pomoże? Jak długo jeszcze do Wawelu?
Karolina spojrzała na miłego sąsiada.
— Niedługo. Powiem, gdzie wysiąść. A pan do Wawelu?
— Nie, do kolegi. Mówił, że mieszka koło centrum handlowego — odpowiedział, patrząc na nią uważnie.
— Koło? Na której ulicy?
— Zaraz sprawdzę. — Siegnął do kieszeni spodni. — Zielona, 42.
— A ja w 38 — ucieszyła się bez powodu.
— To wysiądę razem z panią i pokaże mi pani dom. Pierwszy raz w tym mieście.
Skinęła głową i odwróciła się do okna.
— Kolega się ożenił, córka mu się urodziła. Od wojska się nie widzieliśmy. Trochę się denerwuję — mruczał do siebie.
— Skoro dał adres, to znaczy, że czeka — podtrzymała rozmowę.
— Adres dał, ale numer zgubiłem. Nie powiedziałem, że jadę. Może wyjechał? — westchnął.
Tak jechali, rozmawiając, aż wysiedli. Przeszli przez ulicę, a Karolina pokazała swój dom.
— Tu mieszkam, a pan musi przejść dalej, za blok.
— Może pani da numer telefonu? Tak na wszelki wypadek — uśmiechnął się lekko zawstydzony.
Podała numer. To nic nie znaczy. Była pewna, że nie zadzwoni. Mama mówiła, że trzeba szukać kogoś na swój poziom. On był za ładny. Podziękował i poszedł, a ona skręciła w podwórko.
Gdy w domu oglądała telewizor, telefon zagrał wesołą melodię. Spojrzała na nieznany numer — wpół do dziewiątej. Przypomniała sobie, że dała numer temu mężczyźnie i odebrała.
— Poznaliśmy się w autobusie, pani dała mi swój telefon — rozległ się miły głos.
— Numer, nie telefon — poprawiła, a serce podskoczyło.
— Kolega wyjechał na działkę. Udało mi się do niego dodzwonić. Ale już za późno je jchać. — Zawahał się. — Nie wiem, co robić. Nieładnie prosić pani o pomoc.
Zamarła. Nagle przyszło jej do głowy, że to bezczelność. Obcy mężczyzna narzuca, się jej do domu. Ale może jej się podobał i tak chce się z nią spotkać?
— Może pan wziąć taksówkę do hotelu? — powiedziała ostrożnie.
— Dobrze. Tak zrobię — odpowiedział smutno.
Coś zaszeleściło w słuchawce.
— Wszystko w porządku? — zapytała.
— Tak. Chciałem podziękować. — Rozłączył się.
Czuła się dziwnie. Był sam w obcym mieście. Może nie miał pieniędzy na hotel? Nie musiała go ratować. A jednak… Wybrała ostatni numer. Odebrał natychmiast, jakby czekał.
— No dobrze, niech pan przyjdzie — podała numer mieszkania i rozłączyła się.
Przyszedł po pięciu minutach. Ledwo zdążyła zmienić stary szlafrok naI wtedy zrozumiała, że prawdziwe szczęście nie kryje się w falach morza, ale w tym, kto idzie z tobą po jego brzegu.



