Dziękuję, mamo, za prezent
Weronika wyszła z domu i zachwyciła się przemienionym domowym podwórkiem. Przez noc śnieg pokrył całą ziemię. Puszyste płatki cicho opadały na rzadkie żółte liście, które jeszcze trzymały się na drzewach i krzewach, na asfalt i zaparkowane samochody.
Wyciągnęła dłoń. Kilka śnieżynek spadło na nią i natychmiast się rozpuściło. Zrobiła kilka kroków, nasłuchując lekkiego chrzęstu pod butami, który przypomniał jej, że zbliżają się święta – z zapachem pomarańczy, błyszczącą choinką i, oczywiście, z oczekiwaniem na cud.
Weronika weszła do sklepu, kupiła pomarańcze, mleko i cukierki do herbaty. Gdy stała już przy kasie, zadzwoniła mama.
— Weroniko, możesz dziś do mnie przyjechać?
— Tak, mamo. Co się stało?
— Nic. Muszę ci kogoś przedstawić. Przyjedź na obiad. — W głosie mamy Weronika usłyszała podekscytowanie.
— Znów chcesz mnie zapoznać z jakimś „maminsynkiem”, który wreszcie oderwał się od spódnicy? — zapytała z lekkim rozczarowaniem.
— To niespodzianka. Zobaczysz — odpowiedziała tajemniczo mama i się rozłączyła.
Ciekawe. Dawno nie słyszała w głosie mamy takiego tonu. Kiedy odszedł Tomasz, przyszła do mamy i płakała. Mama początkowo ją pocieszała, ale wszystko zepsuła, mówiąc, że przecież ostrzegała. Miała rację, ale to wcale nie ułatwiało sprawy. Pokłóciły się. Od tamtej pory Weronika nie przychodziła do mamy, tylko dzwoniła, starając się radzić sobie sama.
OdłożPo powrocie do domu Weronika usiadła przy oknie, patrząc na padający śnieg, i zrozumiała, że czas wybaczyć mamie i dać szansę tej nowej, nieznanej jeszcze rodzinie.



