Dziesięć lat na marne
— Co ty wygadujesz, Kinga?! — krzyknęła Agnieszka, chwytając ze stołu filiżankę z zimną kawą. — Dziesięć lat! Dziesięć lat się przyjaźniłyśmy, a ty…
— A ja co? — przerwała jej Kinga, zrywając się z kanapy. — Mam ci się z każdego kroku tłumaczyć? Sama mówiłaś, że Marek cię już nie interesuje!
— Mówiłam! Ale nie po to, żebyś rzucała mu się od razu w ramiona! — Agnieszka postawiła filiżankę tak gwałtownie, że kawa rozlała się na spodek. — Boże, jak ja teraz na was patrzeć mam?!
Kinga osunęła się z powrotem na kanapę, ściskając w dłoniach swoje ciemne włosy. Wiedziała, że ta rozmowa jest nieunikniona, ale nie spodziewała się takiej burzy.
— Aga, posłuchaj mnie… — zaczęła ciszej. — Jesteśmy dorosłe. Rozwiodłaś się z Markiem rok temu. Rok! Cały ten czas powtarzałaś, że jesteś wolna, że nigdy więcej nie dasz się związać…
— Mówiłam! I co z tego? — Agnieszka nerwowo otwierała i zamykała szafki kuchenne. — To nie znaczy, że jestem gotowa widzieć go z moją najlepszą przyjaciółką!
— Byłą najlepszą, jak widać — gorzko uśmiechnęła się Kinga.
Poznały się na studiach, na pierwszym roku ekonomii. Agnieszka była wtedy rozbrykaną rudowłosą dziewczyną, a Kinga — poważną prymuską w okularach. Wydawało się, że nie mają nic wspólnego, a jednak od razu się związały.
— Kinga, umiesz się malować? — zapytała Agnieszka po pierwszym wykładzie, przyglądając się nowej znajomej.
— Nie, po co? — zdziwiła się tamta.
— Nauczę cię! A ty mi z matematyki pomożesz, dobrze? U mnie z liczbami zawsze była katastrofa.
Tak zaczęła się ich przyjaźń. Agnieszka zamieniła nieśmiałą Kingę w prawdziwą piękność, a Kinga wyrwała przyjaciółkę z zaległości. Były nierozłączne: razem uczyły się, chodziły na randki, marzyły o przyszłości.
— Wiesz, Kinga — mówiła Agnieszka, leżąc na wąskim łóżku w akademiku — ja chcę wyjść za mąż za prawdziwego mężczyznę. Żeby był silny, przystojny, żeby od jego spojrzenia miałam miękkie kolana.
— A ja chcę po prostu kochać — odpowiadała Kinga. — Żeby rozumiał mnie bez słów, żebyśmy mogli milczeć razem i czuć się szczęśliwi.
Marek pojawił się na trzecim roku. Wysoki, wysportowany, z otwartym uśmiechem. Przeniósł się z innego miasta i od razu zwrócił uwagę wszystkich dziewczyn na roku.
— No to koniec, dziewczyny, jestem stracona! — westchnęła teatralnie Agnieszka, widząc go pierwszy raz. — Oto mój książę!
Kinga tylko się uśmiechnęła. Marek był przystojny, ale coś w nim wydało jej się zbyt… idealne. Jakby zawsze wiedział, co powiedzieć.
— Agnieszka, cześć! — zawołał ich po wykładzie. — Pokażesz mi, gdzie tu można coś zjeść?
— Oczywiście! — uśmiechnęła się rudowłosa. — Kinga, idziesz z nami?
— Nie, muszę do wykładowcy — skłamała Kinga. — Idźcie sami.
Agnieszka zakochała się od pierwszego wejrzenia. Marek też zdawał się nią zainteresowany. W miesiąc byli parą, a Kinga stała się trzecim kołem u wozu, choć starały się tego nie okazywać.
— Kinga, nie dąsaj się! — przekonywała Agnieszka. — Jesteśmy jak siostry! Marek też cię lubi, jak rodzinę!
— Wszystko w porządku — machnęła ręką Kinga. — Po prostu mam sesję, muszę się uczyć.
Ale nie było w porządku. Bo Marek naprawdę był wyjątkowy. Jako jedyny słuchał, co Kinga ma do powiedzenia, godzinami rozmawiał z nią o książkach. Z nim mogła mówić o rzeczach, o których nigdy nie rozmawiała z Agnieszką.
— Kinga, a nie myślałaś o karierze naukowej? — zapytał kiedyś w kawiarni. — Masz analityczny umysł!
— Co ty! — zaśmiała się Agnieszka. — Kinga pójdzie do biznesu, będzie zarabiać pieniądze!
— Nie wiem — cicho odpowiedziała Kinga. — Może.
Marek spojrzał na nią uważnie, a ona poczuła, że się rumieni. W jego oczach było coś… zrozumienie? Zainteresowanie?
— Agnieszka, a mógłbyś… — zaczął Marek, ale przyjaciółka go przerwała:
— O rany, zapomniałam! Mam wizytę u dentysty! Kinga, odprowadzisz Marka?
I wybiegła bez słowa.
Szli przez park w milczeniu. Był początek października, liście szeleściły pod nogami.
— Kinga — powiedział nagle Marek, zatrzymując się. — Wiesz, że jesteś bardzo piękna?
— Co? — omal się nie potknęła.
— Mówię, jak jest. Agnieszka jest jasna, zauważalna, ale ty… masz szczególne spojrzenie.
Kinga odwróciła głowę. Serce waliło jej tak głośno, że mogłoby obudzić cały park.
— Marek, nie mów tak — szepnęła. — Spotykasz się z Agnieszką.
— Spotykam — przyznał. — Ale to nie znaczy, że nie widzę innych kobiet. Ciebie.
— Agnieszka to moja przyjaciółka.
— Wiem. Dlatego nic się nie dzieje. Ale gdyby…
— Gdyby to nie liczy się — przerwała ostro. — Chodźmy.
Resztę drogi przeszli w milczeniu.
Wieczorem Agnieszka wróciła z opuchniętą policzką, ale szczęśliwa.
— Kinga! — wpadła do pokoju. — Wyobraź sobie, ząb wcale nie bolał! Dentysta powiedział, że to od nerwów! A wiesz, dlaczego się denerwuję? Bo zakochałam się w Marku po uszy! Dziś tak na mnie patrzył…
— Jak patrzył? — spięła się Kinga.
— No tak, rozumiejąco. Czuję, że niedługo się oświadczy! — kręciła się po pokoju. — Będę mężatką! A ty moją świadkową!
Kinga słuchała, czując, jak coś ściska ją w środku. Marek nie patrzył tak na Agnieszkę. Ale jak miała to powiedzieć najlepszej przyjaciółce?
Dwa lata później wzięli ślub. Kinga była świadkową, uśmiechała się na zdjęciach i unikała spojrzeń pana młodego.
— Kinga, dziękuję ci za wszystko! — płakała Agnieszka w toalecie. — Jesteś najlepszą przyjaciółką!
— Bądź szczęśliwa — powiedziała Kinga, myśląc, jak trudno będzie patrzeć naI minęło kolejnych dziesięć lat, a Kinga i Marek nadal byli razem, choć czasem w milczeniu wspominali Agnieszkę, która wyjechała za granicę, by znaleźć swoje szczęście gdzie indziej.



