Dziękuję, mamo, za prezent
Kinga wyszła z domu i zachwyciła się przemienionym podwórkiem. Przez noc śnieg pokrył całą ziemię. Puszyste, rzadkie płatki cicho opadały na pojedyncze żółte liście, które cudem ocalały na drzewach i krzakach, na asfalt i zaparkowane samochody.
Wyciągnęła dłoń. Kilka płatków śniegu spadło na nią i natychmiast stopniało. Kinga zrobiła kilka kroków, nasłuchując lekkiego chrzęstu pod butami, który przypomniał jej, że zbliżają się święta – z zapachem pomarańczy, choinką przystrojoną błyszczącymi bombkami i oczywiście z oczekiwaniem cudu.
Weszła do sklepu, kupiła pomarańcze, mleko i słodycze do herbaty. Gdy stała już przy kasie, zadzwoniła mama.
— Kinga, możesz dziś do mnie przyjechać?
— Tak, mamo. Co się stało?
— Nic. Muszę ci kogoś przedstawić. Przyjedź na obiad. — W głosie mamy Kinga usłyszała podekscytowanie.
— Znowu chcesz mnie zapoznać z jakimś synalkiem, który oderwał się od maminej spódnicy? — zapytała z lekkim rozczarowaniem.
— To niespodzianka. Zobaczysz — odpowiedziała tajemniczo mama i się rozłączyła.
Ciekawe. Kinga dawno nie słyszała w głosie mamy takiego tonu. Gdy odszedł Marek, przyszła do matki i płakała, skarżąc się. Mama początkowo ją pocieszała, ale zepsuła wszystko, mówiąc, że ją ostrzegała. Oczywiście miała rację. Ale to nie sprawiło, że Kinga poczuła się lepiej. Pokłóciły się. Od tamtej pory nie odwiedzała mamy, tylko dzwoniła, starając się poradzić z bólem sama.
Odeszła od kasy i wybrała małe ciastko w dziale cukierniczym. Nie wypada iść z pustymi rękami.
W domu wciąż myślała, jaką niespodziankę przygotowała mama. Na wszelki wypadek umyła włosy, delikatnie podkręciła końcówki, podkreśliła rzęsy i usta, założyła granatową spódnicę i sweter w kolorze brzoskwini. Uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze. Cokolwiek mama zaplanowała, spotka to w dobrym nastroju i odpowiednim stroju.
„Marek jeszcze pożałuje” — pomyślała Kinga i zaczęła zakładać buty i płaszcz.
Mama otworzyła drzwi, a Kinga zaskoczona zastygła w progu. Oczy mamy błyszczały młodością, na policzkach grał rumieniec, a przede wszystkim — nowa fryzura zdjęła z niej dziesięć lat.
— Mamo, świetnie wyglądasz — powiedziała Kinga, wręczając mamie ciastko.
— Dziękuję. — Mama uśmiechnęła się skromnie i zawstydzona. — Rozbierz się i wejdź do pokoju — dodała, zabierając ciastko do kuchni.
„Na pewno zaprosiła kogoś w odwiedziny”. Kinga szybko się rozebrała, poprawiła przed lustrem loki i spódnicę, po czym weszła do pokoju. Z kanapy poderwał się postawny mężczyzna około pięćdziesiątki, w spodniach i granatowym swetrze, z zakolami nad wysokim czołem i dużym, ziemniaczanym nosem. W kącikach oczu rozchodziły się promieniste zmarszczki, zdradzające człowieka uśmiechniętego lub przyzwyczajonego do mrużenia oczu przed słońcem. Przyglądał się Kingie z zainteresowaniem. Ona przywitała się nieufnie.
— Kinga, poznaj Stanisława, mojego przyjaciela z dzieciństwa. — Mama podeszła, objęła ją w pasie i spojrzała córce w oczy z nadzieją.
— Już wiedziałam, że z prowincji. — Kinga spojrzała na matkę z rozczarowaniem.
— Chodźcie na obiad, zupa wystygnie. — Mama opuściła rękę i pierwsza weszła do kuchni.
Kinga usiadła przy stole na swoje zwykłe miejsce — plecami do lodówki stojącej przy oknie. „Czyżby zajął miejsce ojca?” — przemknęło jej przez myśl. Stanisław usiadł naprzeciwko. Inaczej i tak by się nie dało. Między nimi usiadła mama, tyłem do kuchenki i zlewu. Tak było wygodniej wstawać, gdy czegoś brakowało. Tak zawsze jadali, gdy żył ojciec.
— Rozumiem, że chciałaś nas ze sobą zapoznać? Nie spodziewałam się tego po tobie. Więc dlatego tak się zmieniłaś — powiedziała Kinga zjadliwie.
— Po co tak? — Mama spojrzała na córkę z wyrzutem.
— Tęskniłaś za pięściami? Mało cię ojciec bił? Znowu chcesz? A gdzie butelka? Nie przynieśliście wódki? — spytała, patrząc na Stanisława.
— Stanisław nie pije. On… — mama zarumieniła się, spoglądając na niego z zakłopotaniem.
Ten położył swoją dużą, spracowaną dłoń na jej ręce.
— Nie trzeba, Anno.
— Teraz udajecie trzeźwych, a potem pokażecie, kim jesteście, gdy się do niej wprowadzicie. Mamo, czy ty się z nim żenisz? To ta niespodzianka? Stanisław, żona cię wygnała i postanowiłeś przyczepić się do mojej matki?
Kinga nie mogła się powstrzymać, słowa wypływały same. Matka miała łzy w oczach, a jej usta drżały. Stanisław patrzył w talerz z zimną zupą.
— Wypowiedziałaś się? — nagle ostro zapytała mama. — A co ja w życiu widziałam? Pijackie awantury męża i jego pięści. Uciekałaś do sąsiadki, gdy wracał pijany, bałaś się. Wychodziliśmy z domu, włóczyliśmy się po nocnych ulicach, aż zasnął. Wyciągałam mu pieniądze z kieszeni, gdy spał, mówiłam, że mu ukradli. Kupowałam ci potem buty czy sukienki. Nic nie wiesz… — urwała i zaszlochała.
Kinga nigdy nie widziała matki taką. Zawsze cicha, stłamszona, z lękliwym spojrzeniem, bała się kłótni. Pamiętała, jak ojciec kiedyś krzyknął, że nadaje się tylko do wycierania butów. A teraz stanęła w obronie jakiegoś Stanisława.
— Dawno powinnam ci powiedzieć. Trzydzieści lat milczałam. — Mama nabrała powietrza. — To twój ojciec. Stanisław Nowak — twój ojciec.
— Jak? — Kinga aż odsunęła się od tych słów, opierając plecami o lodówkę. Patrzyła to na Stanisława, to na mamę.
— Tak. Kochaliśmy się od szkoły. Potem poszedł do wojska. Wieś mała, wszystko widać, nic się nie ukryje. Przyznałam się matce od razu, że jestem w ciąży. KrzyKinga spojrzała na Stanisława, w jego oczach dostrzegła to samo nieskończone oddanie, które widziała w spojrzeniu mamy, i wtedy zrozumiała, że najważniejszym prezentem, jaki jej zostawiła, było nie mieszkanie, ale druga szansa na miłość.



