*Dziennik Agnieszki*
Nigdy więcej
Po pracy wstąpiłam do sklepu. Nie miała ochoty gotować, ale Kinga musiała coś zjeść. Kupiłam paczkę makaronu i parówki. Córka od dziecka wolała je od wszystkiego innego. Dorzuciłam jeszcze mleko i chleb.
Przy kasie uformowała się krótka kolejka. Przede mną stanął wysoki mężczyzna w czarnej kurtce i ręcznie robionej czapce z pomponem. „Młody jeszcze, a taką czapkę nosi. Pewnie żona zrobiła. No tak. Kobieta potrafi uprzykrzyć życie mężczyźnie, żeby żadna inna na niego nie spojrzała. Ciekawe, jak wygląda. Pewnie ma niemowlęcą buzię” – myślałam, wpatrując się w tę głupią, pstrokatą czapkę.
Mężczyzna odwrócił się i spojrzał na mnie, wyczuwając mój wzrok. Odwróciłam oczy. „No nieźle, nie wygląda na idiotę” – uznałam łaskawiej. Znów się na mnie obejrzał.
– Pani mnie wzrokiem na wylot przewierci – powiedział.
– Trzeba by było czym. Nie mam nic lepszego do roboty – burknęłam niechętnie.
Kolejka stała w miejscu. W środku rosła we mnie irytacja. I ta czapka… Miałam ochotę zostawić zakupy i wyjść, ale innych sklepów w okolicy nie było. „Zawsze tak jest, gdy mężczyźni stoją w kolejce. Zaraz zacznie wybierać papierosy: »Niech mi pan da te niebieskie z czerwonym paskiem. Nie ma? To te białe z zielonym znaczkiem.« – W myślach przedrzeźniałam jego głos. – A potem będzie szukał drobnych po kieszeniach. Nie mógł przygotować wcześniej…” – westchnęłam.
I rzeczywiście. Mężczyzna przy kasie podszedł do półki z papierosami, potem dłubał w kieszeniach obcisłych jeansów. Demonstracyjnie westchnęłam.
– Pani się spieszy? Proszę przejść – powiedział „Czapka”, odstępując mi miejsce.
Wzruszyłam ramionami i stanęłam przed kasą. W końcu wydobył z kieszeni odpowiednią sumę, spakował skromne zakupy i odszedł.
Przyszła moja kolej. Kasjerka skanowała produkty, a ja bezskutecznie grzebałam w torebce, szukając karty.
– Może by pani przygotowała wcześniej pieniądze? – ktoś niecierpliwie burknął z tyłu.
– Zagubiła pani kartę? – „Czapka” zapytał zjadliwie.
Nie raczyłam go spojrzeniem, dalej szukając portfela.
– Ja zapłacę – powiedział do kasjerki.
– Nie trzeba! – wykrzyknęłam, czerwieniąc się. – Już znalazłam. Przepraszam. – Przyłożyłam kartę do terminala, ulżyło mi, że w końcu ją znalazłam.
Spakowałam zakupy i wybiegłam ze sklepu. „Co się ze mną dzieje? Czepiam się jego głupiej czapki. Niech nosi, skoro mu się podoba. Taka ze mnie zrzędliwa jędza” – beształam się w drodze do domu.
„To przez męża. A przecież żyliśmy dobrze. Czy tylko mi się tak wydawało? Zostawił mnie dla młodej głupiej lali, która zaszła w ciążę. Postąpił „uczciwie” – ożenił się. A że córka zostanie bez ojca, już go nie obchodzi. A ja niedługo czterdziestka. Czterdziestka! Boże, to tak dużo…”
Mieszkanie nam zostawił, „wykupił się”. I za to „dziękuję”. Dlaczego my, kobiety, zawsze cierpimy przez nich? Wszystkie mamy ten sam scenariusz. Nieliczni nie zdradzają albo robią to „mądrze”, nie porzucając rodziny. Po czterdziestce ciągnie ich do młodszych. A my? Jak mamy żyć? – prowadziłam w myślach niekończący się monolog, ledwo powstrzymując łzy.
Weszłam do klatki i nacisnęłam przycisk windy, ale zgrzytnęła i stanęła. Drzwi się rozchyliły, wyszedł z niej pomięty, pijany jegomość. Wsiadłam, natychmiast marszcząc nos. W środku unosił się zapach tanich papierosów i alkoholu. „Wszyscy tacy sami – piją albo się włóczą. Nie cierpię tego.”
Winda zatrzymała się na moim piętrze. Drzwi otworzyły się z hukiem. Stanęłam przed swoimi drzwiami, długo szukając kluczy w kieszeni płaszcza. Zahaczały o rękawiczki, grożąc upadkiem na brudną podłogę. W końcu udało mi się je wyjąć i otworzyć zamek…
Kinga siedziała przy biurku w swoim pokoju, odrabiając lekcje. Podniosła wzrok znad książki i spojrzała na mnie. W jej oczach dostrzegłam coś między lekceważeniem a irytacją.
– Mamo, potrzebuję pieniędzy do teatru. W sobotę jedziemy z klasą – oznajmiła stanowczo.
– Zaraz zrobię kolację – odparłam, zamiast odpowiedzieć, i wyszłam do kuchni.
„Znowu pieniądze. A ja ich nie drukuję, swoją drogą. Teraz tylko moja pensja. Czynsz, zakupy… Każdą złotówkę trzeba oszczędzać.” – Nalewałam wodę do garnka, w myślach skarżąc się niewidzialnemu słuchaczowi na niesprawiedliwość życia.
– Mamo, co z teatrem? – Kinga stanęła w drzwiach, trzymając książkę z zaznaczoną stroną.
– Jutro wypłacę z bankomatu – odparłam, nie odwracając głowy.
Zadowolona odpowiedzią, zniknęła z kuchni.
„Zobaczymy, jak długo mu to wystarczy. Młoda i ładna nie będzie wiecznie. Urodzi, figura się zmieni, czasu na siebie nie będzie… A on, nota bene, już po czterdziestce. Niech się męczy. Wnuków by się można spodziewać, a on dzieciaków zapragnął. Boże, czemu ciągle o nim myślę? Za dużo honoru.” – przerwałam sobie.
Po kolacji usiadłam przy komputerze i włączyłam lampkę. Coś zaskrzypiało, mignęło i światło zgasło. „No proszę, wszystko na raz. Tydzień temu kupiona. Co to za dzień!” Próbowałam wymienić żarówkę, ale bez skutku. „Jutro pójdę do sklepu, może wymienią. Tylko gdzie paragon?” Ale paragonu nie znalazłam. Pewnie wyrzuciłam z pudełkiem.
Następnego dnia po pracy wróciłam do domu, wzięłam lampę i poszłam do sklepu elektrycznego po drugiej stronie ulicy. Lampa była dość ciężka. Dobrze, że nie musiałam daleko iść.
Przed drzwiami sklepu stał ten sam mężczyzna w tej głupiej czapce i palił papierosa. Rzuciłam mu pobłażliwe spojrzenie i weszłam do pustego sklepu.
„Czapka” wszedł za mną i stanął za ladą. Złapał moje zdziw”Wtedy zrozumiałam, że czas odłożyć na bok gorycz i strach, bo życie pisze jednak nowe rozdziały, wystarczy tylko pozwolić sobie na odrobinę nadziei.”



