Zanim odszedł na zawsze…
Marek wyszedł z dworcowego budynku na peron, lekko uginając się pod ciężarem dużej sportowej torby z napisem Adidas przewieszonej przez ramię. Krople potu błyszczały mu na skroniach, tworząc wilgotne ślady. Rozejrzał się po peronie. Wzdłuż ściany budynku ciągnęły się rzędy ławek, zajętych przez pasażerów czekających na pociągi lub witających bliskich. Na jednej z ławek siedział starszy mężczyzna w szarym płaszczu i meloniku. To w jego stronę skierował się Marek.
Podszedłszy, ściągnął torbę z ramienia i postawił ją pośrodku ławki, wyciągnął z kieszeni kurtki pomiętą chusteczkę i otarł nią twarz. Dopiero wtedy usiadł, z ulgą wzdychając. Obok peronu ze świstem i łoskotem przemknął pośpieszny pociąg, nie zatrzymując się. Ciepły podmuch powietrza, pachnący podkładami i kurzem, musnął twarz Marka, poruszając jego krótkie włosy.
Marek śledził wzrokiem oddalający się skład, po czym oparł się o oparcie ławki, kładąc dłoń na torbie. Ludzie na peronie nagle zaczęli rozmawiać, przerywając wcześniejsze milczenie spowodowane przejazdem pociągu.
— Pociąg pospieszny numer… przyjeżdża na peron… Numeracja wagonów od lokomotywy — niewyraźnie zacharczał z głośników kobiecy głos.
— Nie dosłyszał pan, który to pociąg? — spytał starszy mężczyzna, odwracając się do Marka.
Ten pokręcił głową i wzruszył ramionami. Staruszek skinął i spojrzał na zegarek.
— Już trzeci raz ogłaszają, że przyjeżdża, a go jak nie ma, tak nie ma — westchnął. — Jak pan myśli, dlaczego na dworcach ciągle coś mamroczą w tych głośnikach?
Marek milczał, nie dając się wciągnąć w rozmowę.
— Pan gdzieś wyjeżdża? Bagażu, jak widzę, ma pan sporo. Torba wygląda na ciężką — nie ustępował staruszek.
— A, nasz własny Herkules Poirot — prychnął Marek. — A pana rzeczy w ogóle nie widać, więc domyślam się, że kogoś pan wita. — Odpowiedział mu tym samym tonem.
— Zgadza się. Witam syna — rzekł staruszek z dumą.
— A ja od syna uciekam — cicho wypowiedział Marek, wzdychając.
Wyrwało mu się to mimowolnie.
— Tak. Życie — staruszek też westchnął. — A więc uciekasz. Tylko od siebie nie uciekniesz. Swoje problemy wożysz ze sobą. — Wskazał głową na torbę leżącą między nimi.
Marek zmierzył go niechętnym spojrzeniem i odwrócił się.
— Ja też tak uciekałem czterdzieści lat temu. Synowi było wtedy jedenaście lat. Nie widziałem go przez cały ten czas. Denerwuję się.
Spokojny głos starca nie pasował do jego słów o nerwach.
— Po panu tego nie widać — burknął Marek, licząc, że tamten nie dosłyszy.
— Denerwuję się — powtórzył staruszek. — Tylko w moim wieku trzeba oszczędzać emocje. Od każdej, czy to radości, czy smutku, można umrzeć, młody człowieku.
— Mieszkał za granicą? — Marek nagle ucieszył się, że może przestać myśleć o swoich problemach.
Nawet nie zauważył, jak przez drobne uwagi żony o jego późnym powrocie do domu wybuchła kłótnia. Słowo za słowo, zaczęli krzyczeć na siebie, wymieniając oskarżenia. W końcu Bożena oskarżyła go o zdradę, choć nie było ku temu podstaw. Słusznie mówią — słowo nie wróbel, wyleci, nie złapiesz.
Mógł zamilknąć albo zbagatelizować sprawę, lecz on złapał torbę, wrzucił do niej pierwsze lepsze rzeczy, trzasnął drzwiami i pojechał na dworzec. A teraz, słysząc słowa starca o synu, przypomniał sobie o Krzysiu.
Głos staruszka wyrwał Marka z zamyślenia. Wysłuchał.
— Żona moja była gospodarna. Nie piękność, ale ze wszystkim. Nigdy nie myślałem, że stracę głowę i odejdę od niej i syna. A jednak…
Marek zrozumiał, że staruszek opowiada mu o sobie, próbuje coś wyjaśnić.
— Miałem nawrót przepukliny. Dokuczała mi już wcześniej, ale teraz ból w pachwinie stał się nie do zniesienia. Elżbieta, moja żona, wysłała mnie do szpitala. A tam od razu zabrali mnie na stół.
Leżę na sali, odchodzę od narkozy, gdy nagle wchodzi ona. Cała w bieli, oczy niebieskie jak niebo. Jak anioł, i tak samo piękna. Nawet imię miała anielskie — Agnieszka.
Podeszła do mnie ze strzykawką. Miała zrobić zastrzyk. Dotknęła mnie delikatnymi palcami, aż mnie zatrzęsło. Nawet nie poczułem ukłucia. Zakochałem się, straciłem spokój. W noc przed wyjściem nie spałem, myśląc, jak wymyślić coś, by zostać w szpitalu. Chciałem nawet nogę złamać.
Tuż przed wypisem wyznałem jej miłość. Myślałem, że mnie odtrąci. A ona dała mi swój numer telefonu. Nie wytrzymałem dwóch dni, zadzwoniłem, gdy żona była w pracy.
Spotkałem ją pod szpitalem z kwiatami, odprowadziłem do domu. W młodości byłem przystojniakiem. To nie była miłość, tylko jakieś urojenie. Już miałem z nią zerwać, gdy nagle zaszła w ciążę.
No cóż — pomyślałem — niech się stanie. Syn i tak już duży, a to dziecko miałoby się urodzić bez ojca? Wróciłem do domu i wszystko wyznałem Elżbiecie. Płakała, oczywiście, inaczej być nie mogło. Tak jak ty, spakowałem rzeczy i wyszedłem do Agnieszki. Tylko torba była mniejsza.
Rozwiódłem się z żoną, ale nie zdążyłem ożenić się z Agnieszką. Coś poszło nie tak podczas porodu. Zmarła. Jej rodzice przyjechali, obwinili mnie o śmierć. Sam też tak myślałem — gdyby nie zaszła w ciążę, żyłaby do dziś. Taki los. — Staruszek westchnął. — Córkę zabrali jej rodzice. Nawet mi jej nie pokazali.
— Mówił pan, że syna nie widział już nigdy. Żona nie wybaczyła? — spytał Marek.
— Nie wybaczyła. A czy takie rzeczy się wybacza? Sam siebie obwiniałem. Nie chciało mi się żyć. Potępiałem facetów, którzy nie umieją trzymać swoich spraw w portfelu. A sam… — machnął ręką. — Wyjechałem na Północ. Grzeszna nadzieja, że tam zamarznę. Wyobrażałem sobie, jak Elżbieta płacze na moim grobie, żałuje. AleMarek wrócił do domu, gdzie Bożena i Krzyś czekali na niego z gorącą herbatą i cichym przebaczeniem.



